Połowa marca to w jednej z moich szkół czas, w którym szczególnie koncentrujemy się na nauczaniu w wersji „science” i organizujemy nasz cykliczny, sztandarowy (chyba można już powiedzieć) projekt – Tydzień Nauki. Właściwie już na początku września w ramach pierwszego spotkania matprzyrodniczego zespołu zaczynamy ten temat obgadywać, ustalając przy okazji przewodnią myśl dla nowej edycji wydarzenia. Pisałem o tym na blogu w postach 5 spraw, o które trzeba zadbać, żeby zrobić udany event w szkole, Dlaczego warto zrobić Festiwal Nauki w szkole i opowiadając o ostatniej takiej imprezie w poście Synergia.
W tym roku postanowiliśmy zrobić edycję o noblistach. Temat wydał się nam o tyle ciekawy, że oprócz twardej nauki można było zahaczyć o nagrodę literacką i pokojową, angażując tym samym sporo osób spoza naszej matematyczno-przyrodniczej bańki, a mnie osobiście szczególnie kusząca wydawała się perspektywa przemycenia ekonomii.
Marzec, „zmuła” i siermiężna rzeczywistość
Na początku roku szkolnego wspominałem (w poście Bądź tą zmianą) o ekscytujących początkach i następującej po nich nieuchronnie szkolnej „zmule” zawieszającej wielu nauczycieli gdzieś pomiędzy ignorancją, a wypaleniem. Marzec to w tym kontekście dość trudny miesiąc głównie ze względu na fakt, że rok szkolny zdążył już „trochę potrwać” i nawet czysto statystycznie szansa natrafienia na robaki buszujące pod jakimś szkolnym kamieniem stała się więcej niż znacząca.
Nie ma w tym zresztą niczego dziwnego. W organizmie obejmującym dziesiątki, czy setki pracowników (a szerzej patrząc, w systemie obejmującym miliony ludzi) pojawianie się zatęchłych dziupli „szkolnego dziadostwa” musi być przecież nieuniknione. Do tego zauważalnej liczebności grupa „spryciarzy”, którzy znaleźli wygodnego płatnika ZUS-u oraz ludzi, którym normalny człowiek bałby się powierzyć chomika, a musi powierzyć dziecko, nie sprzyja optymizmowi i wierze w jakikolwiek system edukacji.

Myślę, że głównie o to (i pośrednie tego efekty) wściekają się rodzice. Nie rozpisuję się jednak na blogu o tych problemach, przede wszystkim dlatego, że zupełnie nie wiem co z takiego pisania miałoby wyniknąć. Zjawisko jest starsze niż sama szkoła i myślę, że miarą dojrzałości jest umiejętność poruszania się w tym nieidealnym świecie, pracy w nim i budowania relacji.
Wszystko to jest oczywiście niebywale trudne. Mnie samemu nauczenie się tego zajęło, bez przesady, dwadzieścia lat dorosłego życia. Tak czy inaczej w tym, a nie innym świecie żyjemy i tylko w tym świecie możemy budować zawodowe życie, które sobie zaprojektowaliśmy. (Mógłbym tutaj napisać o powołaniu ale taki patos mógłby wywołać ciary żenady nawet u idealistów większych ode mnie).
„Wjeżdżamy” z wydarzeniami
W takich właśnie okolicznościach zawsze w marcu „wjeżdżamy” z naszym corocznym Tygodniem Nauki. Założenie od początku mamy takie, że każdy robi to co sam chce, ile chce i z kim chce – a my całą zabawę spinamy w jedną sensowną i logiczną całość. Prawdą jest, że w 2021 roku inicjatywa wyszła ode mnie i od tamtego czasu wszystkie te imprezy też ja z lotu ptaka ogarniałem ale ani razu nie pozowałem na jakiegoś koordynatora czy lidera całego zamieszania.
Myślę, że to właśnie ten fakt, że nikt nie włazi po cichu (lub głośno) na piedestał i nie wbiega na scenę by dostać cudze brawa sprawia, że co roku mamy ogromną ilość chętnych do zaangażowania się w najróżniejsze wydarzenia. Niemniej, co roku też, zaskakuje mnie, że aż tyle osób autentycznie chce zrealizować swoje pomysły, a wiele z nich wchodzi w całe przedsięwzięcie naprawdę bardzo głęboko.

Mieliśmy już nagrywane z drona wielkie żywe węże z cyfr liczby Pi, autorskie ogólnoszkolne i multidyscyplinatrne konkursy, hulajnogowo-rowerowe wyzwania, niezliczoną ilość warsztatów i eksperymentów, wspaniałych gości–pasjonatów w swoich dziedzinach, a także uczniów i nauczycieli poprzebieranych za najróżniejszych naukowców.
Wydarzenia promują reklamowe gadżety w postaci breloczków, fluorescencyjnych zawieszek i magnesów na lodówkę, a każdy uczeń i pracownik szkoły dostaje przygotowany specjalnie na tę okazję ołówek. W tym roku mieliśmy pięć wariantów z różnymi noblistami, a wśród nas są nawet tacy, którzy kolekcjonują ołówki z każdej „Tygodnionaukowej” edycji. W imprezach biorą udział setki uczniów, a w przygotowania angażują się dziesiątki, wspinając się często na wyżyny swojej sprawczości, czasem pokazując się z niecodziennej i nieujawnianej w innych okolicznościach, strony.
„Grypsujący”
Zastanawiałem się więc, jak to jest, że w tej naszej szkolnej „mulastej” siermiędze (ba! w tym przeklętym marcu jeszcze!) nagle pojawia się tyle energii, zaangażowania i najzwyklejszej (to chyba będzie dobre słowo) radości ze swojej roboty. I tyle entuzjazmu uczniów i nauczycieli. W końcu dotarło do mnie, że ten entuzjazm i ta energia są w niej zaszyte przez cały czas. Zrozumiałem, że jest w naszej szkole (i każdej innej) bardzo duża grupa ludzi, którzy nauczycielami po prostu są (i byliby nimi nawet gdyby w szkole nie pracowali).

Nazywam ich „grypsującymi”. Poukrywani często w swoich salkach na końcu korytarza w istocie codziennie „robią” szkołę. Sporą część ich dnia wypełniają spotkania z drugim człowiekiem – i to takim, który dopiero ma się stać dorosły. I kochają to. Kochają towarzyszyć młodym ludziom w ich rozwoju, pomagać im, wspierać ich i podsuwać inspiracje, nawet jeśli się nie za bardzo chcą do tego przyznać. A przyznać się czasem naprawdę trudno, bo łatwo wyjść na „frajera” – „spryciarzy” rozmaitych wszak też u nas dostatek.
Uwielbiam pracować z „grypsującymi”. Uwielbiam „tworzyć z nimi rzeczy”. Ilekroć coś razem robimy, w cichym porozumieniu zapewniamy sobie nawzajem środowisko, w którym nasz projekt i nasza koncentracja na uczniu (czyli na drugim człowieku) staje się autentyczną wartością, a nasza praca z prostej sumy podejmowanych działań przeradza się w „Święty-Bo-Synergiczny-Graal” zarządzania procesami.
Nade wszystko dowodzi jednak, że „robić” w polskiej szkole to nie jest tak całkiem bez sensu. A wręcz – że jest bardzo z sensem i że w gruncie rzeczy nasz pomysł na życie to bardzo niezwykły pomysł na życie. „Cóż piękniejszego może być [bowiem] od towarzyszenia młodemu człowiekowi w rozwoju?” – niektórzy te słowa przypisują Januszowi Korczakowi, inni Świętemu Janowi Bosko. Zapewne w tej formie nie wypowiedział ich żaden z nich, nie przeszkadza to jednak w tym, by okazały się doskonałym projektem na życie. Po prostu ma to sens. Pozdro dla „grypsujących”!


Dodaj odpowiedź do Gospodarka rabunkowa – Edukacyjny.blog Seb Janczy Anuluj pisanie odpowiedzi