Gdy zabieramy się do uczenia nowej klasy jedną z najważniejszych rzeczy jest z całą pewnością dobra znajomość imion naszych uczniów. Z jednej strony pomaga budować relacje – o wiele lepiej zwracać się po imieniu niż bezosobowo lub dopytywać za każdym razem, a z drugiej – dużo łatwiej zapanować nad klasą gdy od razu wiemy jak uczeń, któremu chcemy na przykład zwrócić uwagę, się nazywa. Korzyści jest zresztą więcej, choć nie będę ich wszystkich tutaj przywoływał.
Problem pojawia się gdy nowych klas mamy dużo. Nauczenie się kilkudziesięciu czy nawet kilkuset imion i pokojarzenie ich z twarzami staje się nie lada wyczynem. W tym wpisie chciałbym podzielić się moim sposobem radzenia sobie z takimi właśnie wyzwaniami.
Niewyszukaną podstawą wszystkiego są winietki, na które też często (ale raczej błędnie) mówimy wizytówki. Pomysł oczywiście jest stary jak świat i sam w sobie niespecjalnie odkrywczy, realizuję go jednak w pewien określony sposób.
Po pierwsze, winietki robię dzieciom sam.
Ściągam najpierw listę uczniów klasy z dziennika i przetwarzam tak, by można było ją wykorzystać do druku. Rzecz, choć na pierwszy rzut oka wydaje się czasochłonna, wcale taka nie jest. W kolejnym wpisie podam kilka szczegółowych kroków jak szybko zrobić coś takiego za pomocą korespondencji seryjnej w starym dobrym Wordzie. Na razie jednak chcę skupić się na samym fakcie używania wizytówek.
Na zwykłym arkuszu A4 drukuję klasę, imię i nazwisko, po czym rozdaję je uczniom, prosząc by zgięli kartki na trzy równe części, tak by można było je postawić. Oczywiście mógłbym poprosić uczniów żeby zrobili winietki „od zera”, w ten sposób jednak mam je wszystkie zestandaryzowane, a ma to znaczenie dla sprawy, o której chcę napisać poniżej.

Po drugie, winietki trzymam u siebie i rozdaję na każdej lekcji.
Złożone wizytówki trzymam na zapleczu sali fizycznej i na początku każdej lekcji sam je wszystkim rozdaję. Nie zajmuje to bardzo dużo czasu, a stwarza wiele okazji do nawiązania z uczniami kontaktu. Oczywiście dając każdemu do ręki jego wizytówkę przede wszystkim uczę się łączyć twarze z imionami. Winietki stoją potem na ławkach przez całą lekcję. Ponieważ są identyczne, łatwiej mi przebiegać po nich wzrokiem, a także składać i przechowywać – bo mają takie same rozmiary.
Po lekcji też ja zbieram je z ławek powtarzając w ten sposób imiona, a także ucząc się gdzie kto siedzi. Co prawda często uczniowie zbierają je dla mnie zanim zdążę powiedzieć, żeby zostały, ale nie zmieniam tego bo jest to i fajne i miłe i myślę, że nie powinienem tego powstrzymywać.
Po trzecie, trzymam na pamiątkę do końca szkoły.
Wizytówek używam do czasu, aż nauczę się wszystkich imion na pamięć. Gdy już przestają być potrzebne, zabieram je na stałe do fizycznego zaplecza. Nie wyrzucam ich ale trzymam do czasu aż moi uczniowie ukończą szkołę. Takie rzeczy mogą być dla nich świetną pamiątką i miłym wspomnieniem, szczególnie gdy swoje winietki wcześniej jakoś spersonalizowali. W niektórych przypadkach bowiem tak projektuję kartki do druku, aby zostawić uczniom miejsce na ich własną nieskrępowaną twórczość.
O tym jednak już w kolejnym wpisie – jak ogarnąć listy z nazwiskami i jak technicznie przygotować winietki do druku. Przeczytaj w poście Winietka trochę inaczej (2/4) – Korespondecja seryjna w Wordzie.


Dodaj odpowiedź do Winietka trochę inaczej (3/4) – Funkcje tekstowe w Excelu – Edukacyjny.blog Seb Janczy Anuluj pisanie odpowiedzi