To wpis noworoczny – ale powstał wcześniej. Jest piątek, 19 grudnia, właśnie wróciłem z klasowej wigilii. Postanowiłem stworzyć ten krótki post właśnie dzisiaj, żeby uchwycić w nim najważniejszy moment i najważniejszą myśl mojej nauczycielskiej codziennej roboty. I myślę, że ten post idealnie pasuje do tego aby zacząć nim kolejny rok.
Zacznijmy jednak od początku. W tym roku szkolna wigilia zastała mnie w jednym z gdańskich liceów. Początkowo miałem być podpięty do klasy jako dodatkowy nauczyciel z puli tak zwanych niewychowawców, ale że jedna z moich trzecich klas swojej wychowawczyni tego dnia nie miała, poszedłem w zastępstwie do niej jako, że się tak wyrażę, nauczyciel główny.
Nie działo się absolutnie nic nadzwyczajnego – zwykłe, całkowicie normalne spotkanie – bez żadnych fajerwerków, spektakularnych zdjęć i baśniowego klimatu. W sali uczniowie, z którymi mam raz w tygodniu przez dwie godziny fizykę. Na początku nawet nie bardzo wiedzieli o czym ze mną gadać, a ja nie wiedziałem o czym gadać z nimi. Klasyka. I było wspaniale.
Wróciłem do domu i pomyślałem (po raz nie pamiętam już który), że jestem wdzięczny losowi za to, że się znalazłem w tym miejscu i że ja się z tej mojej roboty w szkole nieprawdopodobnie cieszę. Uwielbiam tam być, uwielbiam kontakt z tymi ludźmi, uwielbiam dowiadywać się co u nich albo najzwyczajniej w świecie załatwiać najbardziej przyziemne sprawy – takie na przykład klucze do sali i czy kogoś tam nie widziałem i czy nie wiem gdzie jest.
Jest w tej rzeczywistości coś takiego, co sprawia, że już nie potrzebuję być nigdzie indziej. I cieszę się, że mogę choćby w małym stopniu towarzyszyć ludziom, których tam spotykam w tym wyjątkowym czasie w ich życiu. W „małym stopniu”, bo to jest tylko ich czas i tylko ich nastoletniość. Mój „ten” czas należy już do przeszłości – ale czymś wspaniałym jest być tam z nimi. I być świadkiem tego co tam się codziennie dzieje zawsze pierwszy raz.
Dla mnie to też nie takie oczywiste. Długo musiałem czekać aby wreszcie znaleźć się w szkole i w sposób ostateczny przekonać się, że to jest właśnie to miejsce i ta praca, którą „muszę” wykonywać. I jestem wdzięczny losowi, że ja to w swoim życiu znalazłem i rozpoznałem. I jestem wdzięczny wszystkim moim uczniom – bo bez nich to wszystko byłoby bez sensu.
Dlatego dzisiaj, w pierwszym dniu nowego roku, życzę wszystkim aby także mieli szczęście robienia w życiu tego, co robić właśnie „muszą” – cokolwiek by to było. Zaglądającym do mnie nauczycielom – aby jak najczęściej dostrzegali to, że są tam gdzie być powinni. Chyba, że szkoła to już zupełnie dla nich nie to – wtedy życzę odwagi by szukać „tego” gdzie indziej. A moim uczniom (bo wiem, że też czasem tu wchodzą) życzę aby znaleźli odpowiedź na pytanie co „muszą” w życiu robić. To ekstremalnie ważna, ale też jedna z najtrudniejszych rzeczy do ogarnięcia gdy się jest młodym człowiekiem.


Dodaj odpowiedź do Jak znienawidzić pracę którą kochasz – Edukacyjny.blog Seb Janczy Anuluj pisanie odpowiedzi