,

„Kwantechizm 2.0, czyli klatka na ludzi”

Więcej niż pewne było, że o autorze „Kwantechizmu” prędzej czy później na blogu coś napiszę, więc skoro „zadraganiło” się ostatnio środowisko mojego bytowania bardzo, to odpowiednia okazja nadarzyła się sama. Dopiero co, najbardziej chyba w Polsce znany, naukowiec nawiedził zabytkową pruszczańską bibliotekę (do której wejście na pół godziny przed spotkaniem graniczyło z cudem), a już pojawił się w gdańskim Hevelianum, zahaczając w międzyczasie o kilka żuławsko-kociewskich miejscowości. Postać tego fizyka jest zresztą konsekwentnie przeze mnie mocno eksploatowana w szkołach już to w ramach dygresji przy trochę bardziej soczystych naukowo tematach, już to jako treść i wypełnienie tak zwanych „luźnych lekcji”.

Arogancki fizyk

Andrzej Dragan pasuje mi bardzo do koncepcji przemycania moim uczniom różnych naukowych zajawek i wprowadzania różnorodności. Ci, którzy podziaranego profesora znają choćby z Internetu są dość przyzwyczajeni do jego barwnego i nieco „aroganckiego” (choć to chyba nieodpowiednie słowo) stylu, ale uczniowie oglądający go pierwszy raz bywają mocno zaskoczeni. Jest on znany nie tylko fizykom ale też pasjonatom fotografii i grafiki komputerowej. Nietrudno wygrzebać w Internecie jego zdjęcia, krótkie filmy i informacje o jego autorskim sposobie obróbki zwanym „draganizacją”.

Dragan nie gryzie się w język. Nigdy. I czasami mówi rzeczy, których może mówić nie powinien. Jego światopogląd i stosunek do różnych spraw są ostro i jasno określone i nawet jeżeli ktoś nie ma ochoty ich znać, to przy okazji wywodu na temat fizyki i tak mimochodem się o nich dowie. Jako facet pracujący z ogromną ilością młodych ludzi robię dokładnie odwrotnie. Różnorodność rozpięta na wszystkie możliwe odcienie jest w przypadku szkoły bardziej niż oczywista, więc nie faworyzuję żadnego (łącznie z moim) punktu widzenia, a sprawy światopoglądowe traktuję jako wyjątkowo intymne.

Zdarza mi się w związku z powyższym „w jednej sesji” puścić katolickiego księdza, wybitnego kosmologa Hellera i zaraz po nim Dragana, który w przeciwieństwie do niego jest jawnie antyklerykalny (czy może precyzyjniej – antyreligijny). Sam tytuł jego książki (i mojego postu) jest nieco prowokacyjny, a jej dalsza lektura nie pozostawia wątpliwości, że z jakąkolwiek religijnością Draganowi nie po drodze. Mnie z kolei nie bardzo po drodze z antyreligijnymi dygresjami (nie tyle nawet z powodu mojej religijnej wrażliwości, co z prostego faktu, że nie interesuje mnie co autor książki o zjawisku X myśli o czymś, co nie jest zjawiskiem X) ale, szczerze mówiąc, w przypadku „Kwantechizmu” nie rażą one aż tak bardzo i w jakiś sposób wpisują się w całość opowieści.

„Akademickie odpady”

Najbrutalniej obszedł się kiedyś z nauczycielami fizyki. Parę lat temu natrafiłem na jeden ze starszych wywiadów, w którym bez wielkiego mitygowania określał ich „odpadami akademickimi”. Jako facet od fizyki powinienem być urażony. Sęk w tym, że czysto akademicko profesor Dragan ma sto procent racji. Jednocześnie w stu procentach się myli, bo nie o to chodzi w edukacji, żeby być wybitnym specjalistą w jakiejś dziedzinie nauki. Trzeba być, rzecz jasna, możliwie najlepszym ale cała impreza rozgrywa się wokół czegoś innego. Tak czy inaczej nadmierna wrażliwość nie sprzyja komfortowemu oglądaniu jego wystąpień.

Osobiście lubię go bardzo za sposób w jaki mówi i pisze o fizyce. Myślę, że ma niezwykły talent do przedstawiania „grubych” tematów w przystępny sposób (choć sam zastrzega we wstępie do książki, któremu nadał tytuł „Przed spożyciem”, że używa „różnych pożytecznych oszustw [pozwalających pójść] nieco na skróty”). Miałem przyjemność zamienić z nim kilka słów przy okazji podpisywania mojego egzemplarza „Kwantechizmu” i wydał mi się wtedy świetnym i skromnym człowiekiem, a jego „arogancja” według mnie mogłaby oznaczać wszystko, tylko nie arogancję właśnie. Znają go wszyscy moi uczniowie. Pokazuję go i cytuję najczęściej, choć praktycznie w niczym się z nim nie zgadzam.

Naleśniki z wiśniami i waniliowe lody

Co do samej książki, czyta się ją rewelacyjnie. Trzymając się „gastrokonwencji” samego profesora, paradoksalnie to jedno z tych dań, które każdemu smakują. Coś jak naleśniki z ciepłymi wiśniami i kulką waniliowych lodów albo frytki i kotlecik w delikatnej panierce – chociaż Dragan woli nazywać ją „zupą-śmietnikiem”. Nie są w stanie go popsuć nawet dosypywane tu i ówdzie światopoglądowe skwarki, rodzynki, czy czego kto tam jeszcze najbardziej nie lubi. Tak czy inaczej nic nadzwyczajnego nie trzeba ogarniać, żeby czytać ją i z pożytkiem i z przyjemnością – to „fizyka kwantowa dla spawaczy” jak to zgrabnie ujął sam autor w jednym z ostatnich wywiadów.

Po wspomnianym wstępie natrafiamy na trzy zasadnicze części. Pierwsza z nich to „Dygresyjny bełkot o niczym”, w której znajdziemy sporo ciekawych anegdot i nieoczywistych smaczków jednak bardzo o czymś. Danie główne (trzymając się za Draganem jedzenia) to „Ogólna teoria względności i teoria kwantowa”. Ekstremalnie „grube” tematy ale Dragan robi z nimi coś takiego, że „wchodzą” gładko jak te naleśniki z wiśniami – chociaż jak zaczyna o nadświetlnych obserwatorach, trzeba je jeść jednak dużo wolniej. Na deser „Powikłania”, które zahaczają o bliższe i dalsze konsekwencje fizyki kwantowej i masakrują naszą, i tak już sponiewieraną przez lekturę wcześniejszych części, intuicję. Całość ubrana jest w bardzo fajne (to dobre słowo) i niebanalne sformułowania i przykłady.

Teoria względności, kwanty, pop- i nie-pop-kultura

Z popularnonaukowymi książkami problem często jest taki, że przedrostek „popularno-” świadczy wyłącznie o tym, że nie ma w nich wzorów matematycznych, a czytanie ich mogłoby być zadawane za karę. U Dragana jest zupełnie inaczej. Parę nieprzesadnie hardkorowych wzorów w książce się znajdzie ale za to „spożyć” ją bez żadnej niestrawności może praktycznie każdy, kto zechce się na czytanym tekście dostatecznie skupić. Rzadko kiedy jestem tak pewny, że jakąś książkę koniecznie trzeba przeczytać, a „Kwantechizm” to właśnie jeden z takich tytułów.

Jakby nie patrzeć teoria względności i z drugiej strony fizyka kwantowa, to już nieodłączne elementy naszej pop- i nie-pop-kultury, a co z nimi dalej robić to jedno z najtrudniejszych i najbardziej istotnych pytań ludzkości. W pewnym miejscu „Kwantechizmu” Dragan pisze „[…] gdyby świat był taki, jaki nam się wydaje, że jest, to byłby zupełnie inny”. Myślę, że to najlepsze zaproszenie i zarazem podsumowanie tego, o czym jest ta książka. Nawet jak się jest tak zwanym „humanistą” (a może szczególnie wtedy gdy się nim jest) koniecznie trzeba ją przeczytać.

Więcej o książce tutaj:

Więcej Andrzeja Dragana tutaj:

Ostatnie komentarze:

2 responses to “„Kwantechizm 2.0, czyli klatka na ludzi””

  1. Awatar Ewa Salwin
    Ewa Salwin

    Ta książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie!

    Polubione przez 1 osoba

    1. Awatar Sebastian Janczy

      Tak! Na mnie też!

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do Sebastian Janczy Anuluj pisanie odpowiedzi