System publicznej edukacji jaki jest każdy widzi i pastwić można się nad nim na wielu płaszczyznach, wytykając wiele najrozmaitszych błędów, zaniedbań i niedociągnięć, począwszy od niedofinansowania, przez anachroniczną organizację, na braku zaangażowania nauczycieli niekoniecznie kończąc. O pewnych problemach pisałem w poście Czy szkoła jet odizolowaną od rzeczywistości „Osadą”? Smutną prawdą jest, że zarzuty te często są słuszne i uzasadnione. Ja chciałbym jednak skupić się na sprawie, która wydaje mi się najistotniejsza i powoduje wiele innych charakterystycznych dla edukacji trudności.
Tym co w moim przekonaniu najbardziej psuje szkołę są niesamowicie przeładowane klasy. Rozporządzenie MEN dopuszcza na dziś 25 dzieci w najmłodszych oddziałach szkoły podstawowej, a im wyżej w szkolnej hierarchii, tym liczba uczniów staje się większa, osiągając grubo powyżej 30 osób w klasach licealnych.
Dlaczego to tak duży problem?
Bo praktycznie uniemożliwia stosowanie jakichkolwiek środków dydaktycznych poza znanymi z pruskiego modelu. Ileż świetnych pomysłów na porządną lekcję zostało wręcz rozniesionych chaosem spowodowanym przez trzydziestoosobową grupę dzieci, lub też zwyczajnie nie przyniosło efektów ze względu na znikomą możliwość kontroli procesu. Oczywiście panowanie nad energią takiej grupy jest możliwe i są ludzie, którzy to robią, jednak z perspektywy nauczyciela przygotowanie takiej lekcji, poprowadzenie jej, kontrola, a potem jeszcze posprzątanie bałaganu, w realiach szkolnej rzeczywistości jest tak energochłonne, że pomysł staje się nieatrakcyjny. Krótko mówiąc – „dziękuję, zrobię wykład”.
Kolejną sprawą jest dostosowywanie wymagań i indywidualizacja nauczania. Mając 30-osobową klasę, w której znajdują się uczniowie z trudnościami w nauce, z opiniami, orzeczeniami, wymagający wychowawczo, ze swoimi specyficznymi problemami, a jednocześnie uczniowie wyjątkowo uzdolnieni i często tacy którzy na lekcji się nudzą, żaden nauczyciel nie będzie w stanie poprowadzić nauczania tak, żeby rzetelnie zaspokoić wszystkie te potrzeby. Tego nie da się zrobić porządnie i indywidualne podejście w tak licznej grupie jest po prostu fikcją.
Oczywiście problem ten nie istnieje w jakiejś dziwnej izolacji i bezpośrednio łączy się z innymi bolączkami nie tylko polskiego systemu. Brakuje miejsca w szkołach, brakuje pieniędzy i brakuje nauczycieli. Zawód dla mało kogo jest dziś atrakcyjny – ani wygodnie, ani opłacalnie, ani prestiżowo. Minusy wymieniać można długo, jednak jeżeli miałbym wskazać jakiś punkt od którego należałoby próbować zrobić cokolwiek, to rozwiązanie tej kwestii wydaje mi się najważniejsze. Nie zrobimy tego z dnia na dzień. To raczej proces i żmudna pozytywistyczna robota – ale niezbędna. Jakimi środkami robić to konkretnie, to oczywiście temat na odrębną dyskusję (którą również chciałbym w podjąć na blogu) ale jestem przekonany, że jakość nauczania ściśle zależy od rozwiązania tego właśnie problemu. Żadna zmiana w tej kwestii nie będzie za mała, a zawalczyć o nią warto, bo stawką jest sensowna edukacja naszych dzieci.


Dodaj odpowiedź do basiowegryplanszowe Anuluj pisanie odpowiedzi