Dawno nie było nic o żadnej książce. Nie żebym w tym czasie nie czytał i nie szukał ciekawych i aplikowalnych treści. Po prostu, nie zawsze tak się składa, że to o czym akurat się czyta automatycznie chce się dawać na bloga. Ale książkę jakąś zawsze wałkuję, a w styczniu to już szczególnie (no bo wiadomo – prezenty). I tak jak rok temu opowiadałem o swoich postlekturowych wrażeniach („Ukochane równanie profesora”), tak i tym razem chcę napisać parę słów uruchomiony niezwykłą, choć zupełnie innego kalibru niż wtedy, książką.
W tym roku spod choinki wyjąłem Housela „Psychologię pieniędzy” – a właściwie „The Psychology of Money”, bo mając niejaki wpływ na świąteczne zakupy, przygrzałem z angielską wersją, żeby móc robić kilka rzeczy na raz. Uczę się więc trochę i angielskiego i o psychologii i o finansach. Gadam tyle na blogu i w robocie o lifelong learning, że doprawdy, głupio bym wyglądał, gdybym sam się do swoich przekonań w zaciszu swojego domu nie stosował. O uczeniu się i o finansowej edukacji (w sensie jej braku) w szkole na pewno jeszcze będzie, bo to tematy tyleż ważkie co niedoceniane. Ale dzisiaj o czymś innym.

A schedule that you can’t control
Dziś będzie o pewnym zdaniu, na które natrafiłem (nie boję się napisać i wszystkim polecić) we wspaniałej pozycji Morgana Housela. Otóż w rozdziale zatytułowanym „Freedom” dojeżdżamy do momentu, w którym Housel opisuje swój staż w banku inwestycyjnym i ogrom roboty, tej której pragnął, a którą był wówczas dosłownie przygnieciony. Wspomina ten czas jako „jedno z najnieszczęśliwszych doświadczeń” w jego życiu. Kluczowy dla tego fragmentu wniosek ubiera w słowa:
“[…] doing something you love on a schedule you can’t control can feel the same as doing something you hate”.
(Przepraszam za angielską wersję, ale taką właśnie mam.) I to zdanie jest tak proste – i jak się nad tym głębiej zastanowić, wcale nie tak bardzo odkrywcze, ale stanowi clou tego jak sobie pracę powinniśmy wybierać, planować i organizować. A już w szczególności wtedy, gdy tę pracę mamy w szkole.
Myślę, że sporo z nas dobrze wie o czym pisze Housel. Kilka lat temu wiedziony jak najlepszymi chęciami (i zaufaniem, że dyrekcja to już na pewno wie jak zrobić, żeby było dobrze) uwikłałem się w rozdmuchany do granic możliwości plan lekcji i harmonogram, których nie mogłem kontrolować. Mrzonkami okazały się również moje założenia, że zmultiplikowane okienka i dodatkowe zastępstwa będą już przesadą, o którą w obliczu aż takiej, jak wówczas, podaży pracy na pewno się nie otrzemy. To był ten czas gdy autentycznie czułem, że nienawidzę pracy w szkole. Zgrozie z jaką to odkryłem dorównywało tylko moje tym faktem zaskoczenie.

I tutaj docieramy do sedna mojego wpisu. Praca w szkole dokładnie taka jest. Z jednej strony to wspaniała przygoda, przywilej przebywania na co dzień ze wspaniałymi młodymi ludźmi. Ta praca pozawala dawać (i spełniać swoją potrzebę dawania) i pozwala brać (a przez to nigdy nie stoi się w miejscu). Lecz z drugiej, wciąż niesie zagrożenie, że dasz się wciągnąć w robienie tego co kochasz, w czasie którego nie kontrolujesz – i będziesz czuć że tego nienawidzisz.
Jeszcze raz „gospodarka rabunkowa”
Myślę, że ta świadomość jest dla nauczycieli bardzo ważna. Wiele razy (porzucając już własny przykład) spotykałem świetnych ludzi pracujących ponad siły, w czasie ukonstytuowanym absurdalnym planem lekcji, miesiącami wyczekujących okienka, w którym w końcu nie dostaną zastępstwa. Spotykałem nauczycieli, którzy kierując się życzliwością, koleżeństwem i odpowiedzialnością za swoją szkołę brali na siebie we wrześniu więcej niż powinni aby już w październiku nie móc liczyć na żadną „amortyzację” swojego wysiłku. Trochę pisałem o tym w poście Gospodarka rabunkowa.
Ale nie sama tylko „rabunkowa gospodarka” jest przyczyną kryzysu i wypalenia tak wielu nauczycieli. Trochę jest tak, że to system edukacji i nasz powszedni szkolny folklor powoduje problemy, które w efekcie sprawiają, że taki nauczyciel nienawidzi swojej roboty i właściwie sam nie wie dlaczego. Niemożność kontrolowania swojego czasu potrafi z pewnością obrzydzić każdą, kiedyś wymarzoną, pracę, a specyfika i konstrukcja szkolnej codzienności tylko ten efekt potęguje. Warto mieć więc świadomość tego mechanizmu i umieć jakoś na niego reagować.
Jak sobie z tym radzić?
Po pierwsze – asertywność. A już w szczególności asertywność w sierpniu. Nader często dzieje się tak, że planowane godziny mnożą się niekontrolowanie w ostatniej chwili przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego. I łatwo jest wtedy powiedzieć, że się weźmie plus jedną godzinę, plus cztery, albo plus dwanaście. Tylko, że plus cztery w tygodniu – w miesiącu robi dwadzieścia. Czy na pewno będziesz mieć na to wszystko czas, chęci, energię, a nade wszystko entuzjazm? Plus cztery – to dodatkowe dyżury, okienka, a jak uczysz konkretu, prawie trzydziestu dodatkowych uczniów. Trzydziestu za każdym razem gdy robisz sprawdzian. Czy na pewno w sierpniu myślisz w o tych wszystkich parametrach?
Dlatego szalenie istotne jest to, co po drugie – jasne i zdecydowane komunikowanie swoich potrzeb. I tego, czego robić nie chcesz. Jeżeli Twój czas przy tablicy ma się zamknąć w, dajmy na to, osiemnastu godzinach, to zwyczajnie o tym mów. To oczywiste, że w interesie dyrekcji i innych nauczycieli Twojego przedmiotu jest byś tych godzin wziął/ęła jak najwięcej. A już szczególnie wtedy, gdy cieszysz się opinią dobrego nauczyciela. W Twoim interesie leży jednak zachowanie równowagi między pracą, a tym co zamierzasz robić po pracy. I nikt rozsądny nie obrazi się gdy będziesz tego pilnować. Bardzo łatwo za to rozwalić relacje gdy się jest ciągle zmęczonym i sfrustrowanym nadmierną liczbą obowiązków i czasem, którego nie kontrolujesz. Co zatem wybierzesz?
Oczywiście, nawet wtedy gdy świetnie poruszasz się w wewnątrzszkolnych negocjacjach, zostają pewne, typowe dla szkoły, problemy. Jednym z nich jest plan lekcji, na który rzadko masz jakikolwiek wpływ. Może też być nieco „dziwnie” gdy wszyscy wokoło mają po trzydzieści godzin, a Ty (bo jesteś asertywny/a) – osiemnaście. Tutaj „magicznym” wręcz rozwiązaniem jest łączenie etatów. To jasne, że nie każdy etaty łączyć lubi – ale praca w kilku szkołach idealnie się nadaje do konstruowania takiego harmonogramu, który pozwala mieć kontrolę nad tym co, kiedy i gdzie w związku ze swoją pracą robisz. Rozwiązuje też sporo innych systemowych problemów. Było o tym dużo we wpisie Godziny ponadwymiarowe, czyli przemierzając systemowy Matrix. Bardzo zachęcam, żeby tam zajrzeć.
Pamiętaj skąd to się bierze
A na sam koniec (czyli po czwarte) gdy jednak zdarzy się tak, że schedule that you can’t control się w Twojej pracy pojawi, to warto pamiętać o tym, skąd się frustracja, zmuła i zniechęcenie bierze. I że w gruncie rzeczy tę robotę lubisz i to jest właśnie to co chcesz i „musisz” robić (to tak nawiązując do ostatniego wpisu Wdzięczność, czyli o tym, co się w życiu „musi” robić). Świadomość, że to nie szkoła, a „schedule” psuje atmosferę może bardzo pomóc zrozumieć co się dzieje.
Może okazać się bowiem, że wystarczy doczekać do czerwca i zmienić harmonogram (a jeśli naprawdę nie dajesz rady, to można zmienić go dokładnie w każdym czasie), albo szkołę, na taką, która będzie szanować Ciebie i Twoje potrzeby. Albo pokombinować z architekturą swojego zatrudnienia. Szkoła wbrew pozorom daje w tej kwestii niemal nieograniczone możliwości.
I to może wystarczyć do tego, by trochę podkręcić własny komfort i satysfakcję. Bo to, że się jest w czymś dobrym i ma się nawet do tego „powołanie”, to dopiero absolutny początek. Już pierwszy rok pracy gdziekolwiek wystarcza, aby zrozumieć, że niczego te cechy nie gwarantują, a jedynie całą zabawę zaczynają, rozstawiając, że tak to ładnie nazwiemy, planszę. No ale to rzecz w zawodowym życiu tak trywialna, że obraziłbym swoich Czytelników, gdybym się teraz nad nią zaczął rozwodzić. I szkoła, acz specyficzna, nie stanowi w tej kwestii żadnego wyjątku.


Dodaj komentarz