Godziny ponadwymiarowe, czyli przemierzając systemowy Matrix

Niezbyt entuzjastycznie zabierałem się do stworzenia tego wpisu, który w związku z zawirowaniami wokół nauczycielskich wynagrodzeń tak czy inaczej powstać w końcu musiał. Niezbyt entuzjastycznie – ponieważ dyskusje o nauczycielskim uposażeniu (i czy to dużo, czy mało) są moim zdaniem strasznie żenujące i chyba nic bardziej od nich nie godzi w nauczycielski wizerunek. Sprawa ciągnie się dosyć długo (i liczyłem na to, że może uda się ją przeczekać) bo kwestię wynagradzania niezrealizowanych godzin ponadwymiarowych wałkowano od początku roku szkolnego, aż cała impreza oparła się o kancelarię premiera. Swoją drogą zadziwiające jest, że to „aż” premier musi zajmować się, technicznymi w gruncie rzeczy, aspektami wypłat dla jakiejś grupy zawodowej w jakiejś specyficznej sytuacji.

Miesiąc temu gdy tradycyjnie dzwoniłem z życzeniami z okazji 14 października (w roku, zamiast dwóch, dzwonię cztery razy: na Boże Narodzenie, Wielkanoc, koniec roku szkolnego i właśnie 14 października) moja świetna koleżanka, z którą kiedyś pracowałem, spytała mnie, czy na blogu będzie o tych ponadwymiarowych godzinach, których emanacją są sławne już wycieczki, za które nauczyciele (albo ich koledzy) nie dostają pieniędzy. Będzie. Postaram się jednak w dalszej części wpisu ograniczyć kopanie leżącego na rzecz trochę bardziej osobistej perspektywy, zatem post, wbrew pozorom, nie do końca o ponadwymiarowych godzinach jest. Najpierw jednak „goryczka”.

Ministerialna zagrywka i spór o szkolne wycieczki

Ministerialna zagrywka okazała się wyjątkowo brzydka i jakaś taka prostacka, a reakcja większości nauczycielskiego środowiska w postaci rezygnacji z organizowania wycieczek jak najbardziej adekwatna. I o ile często identyfikuję się z tym jak odbiera nauczycieli „miasto” (bo sam jako ojciec dzieci w wieku szkolnym to „miasto” tworzę i do niego należę), to w tym przypadku sposób w jaki „miasto” odbiera tę właśnie decyzję wydaje mi się błędny.

W wielu rozmaitych szkołach rodzice wściekają się, że nauczyciele odwołują zaplanowane wyjścia i wycieczki, z zagranicznymi włącznie, nie rozumiejąc, że te aktywności nigdy – dokładnie nigdy – nie leżały w zakresie ich zawodowych obowiązków. Myślę, że ten antagonizm wynika ze zwykłego nidoinformowania, bo (jak wielokrotnie pisałem o tym na blogu) w szkołach wciąż jest mnóstwo ludzi, którzy robią dobrą robotę nie oglądając się zbytnio na to (niestety), czy jest ona odpowiednio doceniana i wynagradzana. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle ale pewne błędne przekonanie „miasta” o istniejących w szkole standardach na pewno to buduje. Trudno winić więc też samych rodziców za niepełne zrozumienie wszystkich archaicznych niuansów zapisanych w Karcie Nauczyciela. Tak czy inaczej ostatni pomysł z wynagradzaniem zaliczać się może jedynie do kategorii „świństwa” albo „głupoty” i doprawdy sam nie wiem, którą wersję wolałbym jako tę rzeczywistą.

Etatów nie łączy się dla pieniędzy

Że się sprawa mimo wszystko zakończy względną normalnością wątpliwości nie mam żadnych ale po raz kolejny niesmak pozostał. A z mojego osobistego punktu widzenia niesmak jest tym wyraźniejszy, że (paradoksalnie) problem ten ani przez chwilę mnie nie dotyczył. W związku z tym, bowiem, że optymalizując moje szkolne zatrudnienie w szkołach pracuję „po trochu” trzech, nie łapię się na ani jedną godzinę ponadwymiarową, a tak po prawdzie, to jest mi do nich wciąż bardzo daleko. Nie, żebym nie przebijał całego etatu – przebijam nawet „legalne” półtora (co w jednej szkole jest teoretycznie niemożliwe) ale robiąc to w kilku placówkach unikam wielu absurdalnych i nielogicznych konsekwencji, wśród których ostatni ministerialny „kwiatek” jest tylko potwierdzeniem, że tak właśnie robić należy.

Łączenie etatów jest zmorą szkół i prowadzących je dyrektorów. To fakt. Mówi się, że nauczyciele łączą etaty przede wszystkim ze względu na pieniądze. Moim zdaniem to jedynie część prawdy i to nie ta najważniejsza. Z jednej strony jest oczywiste, że finansowo lepiej robić półtora etatu w trzech szkołach niż w jednej ale nie tylko o pieniądze w tym przypadku chodzi. Łączenie szkół daje więcej spokoju, niezwykle istotnej autonomii, dywersyfikacji i – paradoksalnie – wszystko usprawnia organizacyjnie. W efekcie (choć nie takim oczywistym) łatwiej jest wykonywać swoją robotę  dobrze. A trochę większe pieniądze i niepodatność na, podobne do ostatnich, zawirowania to tylko efekt uboczny dobrze poukładanych klocków. Brzmi to bardzo niewiarygodnie – ale tak właśnie jest. Żeby pozostać w jako takiej zawodowej normalności taką „gimnastykę” trzeba właśnie uprawiać.

Prawo Oświatowe, Karta Nauczyciela i inne nieprzyzwoitości

Żeby jednak nie było, że w swojej nieskończonej przenikliwości zawsze tak chytrze rozgryzam systemowy Matrix, to na koniec (też bardzo osobiście) chciałbym opowiedzieć o tym, jak w edukacyjnym Matrixie „wtopiłem”. „Wtopa” dotyczy dodatku stażowego, który doliczany jest tylko do etatowych osiemnastu godzin (why?). Gdy ktoś pracuje w jednej szkole rzecz jest bardzo prosta, natomiast w przypadku łączenia etatów zaczyna się nieodłączna dla szkolnego systemu kombinacja. Otóż gdy (w ramach jednego organu prowadzącego) kawałki etatów w różnych szkołach nie przekraczają osiemnastu godzin, dodatek wypłacany jest w obu. Ale gdy ktoś w jednej szkole godzin ma dziewięć, a w drugiej na swoje nieszczęście na przykład dziesięć (co czyni razem dziewiętnaście) to dodatek może dostać tylko w jednej z nich. „Docięcie” wyliczenia w drugiej szkole tak, żeby nie przekroczyć przepisowych osiemnastu nie jest możliwe. I takie coś stoi w Prawie Oświatowym.

Oczywiście – zaradni ludzie przeżyją i bez tego dodatku, i bez ponadwymiarowych godzin, co ich nie było przez szkolną wycieczkę, i bez wielu innych tego typu „profitów”. Pozostaje jednak pytanie dlaczego prawny aspekt systemu edukacji jest tak bardzo nielogiczny i nieracjonalny. Od dziesięcioleci niezgrabna machina polskiego szkolnictwa toczy się napędzana archaiczną Kartą Nauczyciela. Od lat również mówi się o konieczności zmian w tej ustawie, podczas gdy, dla dobra wszystkich, a w szczególności młodych, przychodzących do zawodu nauczycieli, Karta Nauczyciela powinna zostać „zniszczona” i „zdelegalizowana”. Bez tego w nieskończoność możemy dyskutować o tym, że szkolna kadra się starzeje i że młodzi nie chcą być nauczycielami. Otóż… może nauczycielami być akurat chcą – tylko niekoniecznie chcieliby pracować w szkole.


Postscriptum

To jedynie część systemowych dziwactw i „regionalizmów”. Niecały rok temu w poście Polonistkom się ulało pisałem o innych „karcianych” naleciałościach, które generują w czasie (nie tylko) próbnych matur niebywale dużo frustracji. Zachęcam do przeczytania, bo wkrótce całą zabawę będziemy zaczynać od początku…

Ostatnie komentarze:

Dodaj komentarz