Jeżeli ktoś jest nauczycielem, to choćby zaprzeczał i bronił się rękami i nogami, prędzej czy później musi skończyć w szkole. Tak było też w moim przypadku. Sprawy na początku mojej zawodowej drogi poukładały się tak, że karierę zamiast w szkole zacząłem w korpobankowości i trzeba było dziewięciu lat, żebym ostatecznie poddał się temu co siedziało we mnie od początku studiów, a podejrzewam, że w sposób nieuświadomiony od zawsze. Szkoła to temat trudny, złożony i zaniedbany przeokropnie, czemu już dawałem na tym blogu wyraz na przykład w postach Czy szkoła jest odizolowaną od rzeczywistości „Osadą”?, Największy problem systemu edukacji, Sprawdzianoza, czy też ostatnio w Polonistkom się ulało, ale pomimo tych „plusów ujemnych” to jedyne miejsce, które może przynieść, niepodobną do niczego innego, radość wynikającą z kontaktów z drugim człowiekiem.
Zanim jednak osunę się w otchłań patetycznych wynurzeń i zacznę żenująco pisać o towarzyszeniu młodemu człowiekowi w jego drodze dorastania i poznawania świata, chciałbym dotknąć paru zwyczajnych sytuacji jakoś budujących moją (naszą) szkolną rzeczywistość. Myślę, że są one nie mniej ważne od wzniosłych ideałów nosicieli kagańca oświaty, a kto wie czy nie dużo od nich ważniejsze, bo to właśnie one sprawiają, że w szkole spotykają się ludzie, a nie jakieś abstrakcyjne wizje i ideologie.
Jedzenie
Zacznijmy od tego, że strasznie dużo w szkole jem. Może i nie byłoby w tym niczego aż tak nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że akurat diety staram się pilnować ze względu na moje biegowe hobby. Każdy kilogram bandzioszka podczas zawodów kosztuje bowiem sporo. I tu właśnie wkraczają moi nieocenieni uczniowie, hojnie dokarmiający mnie najróżniejszego rodzaju przekąskami. Chipsy, kabanosy, cukierki, lizaki, gumy, owoce, paluszki, krakersy i różne inne cuda wrzucam więc w siebie notorycznie i nieograniczenie. Mojemu bieganiu służy to nienachalnie ale jakoś nie potrafię grzecznie podziękować gdy dziecko (czasem osiemnastoletnie) częstuje mnie jedzeniem. Usłyszałem gdzieś lub przeczytałem, że to najbardziej pierwotne zachowanie ludzkiej cywilizacji. Dzielenie się jedzeniem – na tym stoją religie, tradycje i duża część uroczystości. Trochę jest tak, że ktoś dzieląc się z tobą jedzeniem traktuje cię jak przyjaciela i zaprasza cię do swojego świata. Więc jem.
W piłkę granie
Nie jest jednak też tak, że tę moją codzienność tworzą wyłącznie niezdrowe nawyki i zachowania. Jak na gościa, który nie uczy wuefu, uprawiam w szkole całkiem dużo sportu. Jako młody chłopak kochałem grać w jakąkolwiek piłę (ze szczególna miłością do nożnej) i tak mi zostało do dnia dzisiejszego. Co za tym idzie, namówić mnie na granie jest śmiesznie łatwo i jak tylko nie mamy jakiejś konkretnej roboty i możemy sobie na to pozwolić, naparzamy w kosza, siatkówkę i oczywiście piłkę kopaną. Jakieś pojęcie i czucie w nogach, wydaje mi się, zachowałem, więc pykanie w piłeczkę na zastępstwach i tak zwanych „wolnych lekcjach” dostarcza mi nieopisanej frajdy. Dość powiedzieć, że w każdej z moich szkół mam przygotowany sportowy zestaw krótkich spodenek, sportowych koszulek i butów do grania. A moi uczniowie też są z tych okoliczności bardzo zadowoleni. To znaczy, tak mi się wydaje – bo zawsze istnieje ryzyko, że nie są i tylko z grzeczności nie krytykują.
Na telefonach granie
Trochę mi też dają pograć na telefonach. Tu już środowisko nie jest dla mnie aż tak przyjazne i zrozumiałe. Z przerażeniem zauważyłem, że niektóre zasady trzeba mi po parę razy tłumaczyć bo nie do końca wszystko ogarniam, a jak już wreszcie zaskoczę, to w samej rozgrywce jestem gorzej niż beznadziejny. Ale fajnie jest i tak. Naparzałem trochę w Brawl Stars czyli be-esa i inne gry, których nazw nie pamiętam i nawet udawało mi się utrzymać przy życiu przez kilkanaście sekund. Z wielką przyjemnością grywałem też w Uno, tak rzeczywistymi kartami, jak i w mobilnej aplikacji, choć ta ostatnia okazywała się dla mnie trochę za dynamiczna. Podejrzewam, że kariery wielkiej już w tej materii nie zrobię ale poruszanie się (trochę po omacku – ale jednak) w świecie moich uczniów jest dla mnie zawsze czymś w rodzaju przygody. Bo ja jestem tej młodzieży okropnie ciekawy.
Małe i duże
A skoro o ciekawości mowa, to wspaniałą rzeczą jest dowiadywanie się co u nich w pozaszkolnej rzeczywistości słychać. O ile licealiści nie są aż tak bardzo wylewni (choć potrafią wiele o sobie powiedzieć w taki nie całkiem bezpośredni sposób), to uczniowie podstawówki wręcz potrzebują kogoś, komu można różne rzeczy poopowiadać. Śmiesznie jest, bo z racji przedmiotu nie mam uczniów młodszych niż siódmoklasiści ale nie przeszkadza to nawet dzieciaczkom z „jeden-trzy” zaczepić mnie na korytarzu, bo się na przykład akurat u babci pisklaki wykluły. A ja, tak jak z tym jedzeniem, nie potrafię grzecznie podziękować, więc odruchowo kucam, oglądam zdjęcia, dopytuję o szczegóły i nagle uświadamiam sobie, że jest mi bardzo fajnie. I czerpię z tego ogromną przyjemność.
„Pierwsze wyprawy po dobro i zło”
I tak sobie myślę, że miałem wielkiego farta w życiu, najpierw natrafiając w trakcie studiów na to, co kocham robić najbardziej i umiem robić najlepiej, a później (fakt, że po zaliczeniu wielu bocznych uliczek) organizując wokół tego swoje zawodowe życie. I jestem megazadowolony z tego, że większość mojego dnia wypełnia kontakt z młodymi ludźmi, dla których wszystko jest nowe i świeże. I wszystko co robią, robią pierwszy raz. Pierwsze zauroczenia, miłości i zranienia, pierwsze wielkie pasje, sukcesy i porażki, pierwsze przyjaźnie, błędy, rozczarowania i tak jak w piosence Dżemu „pierwsze wyprawy po dobro i zło”. Te wszystkie rzeczy to jest coś co w jakiś sposób dotyczy również mnie i to dla mnie coś bardzo dużego, że jest mi dane w tym wszystkim uczestniczyć. (Teraz właśnie zstąpiliśmy do, zapowiadanej na początku, otchłani patetycznych wynurzeń). Jeżeli więc to nie jest moje prywatne zawodowe szczęście, to zupełnie nie wiem co innego mogłoby nim być.


Dodaj komentarz