Gospodarka rabunkowa

To chyba najbardziej krytyczny wpis na moim blogu, który zaskoczył nawet mnie samego bo paradoksalnie napisałem go zainspirowany bardzo pozytywnymi doświadczeniami. Jako facet pracujący w kilku szkołach przesiadywałem ostatnio na maturalnych i podstawówkowych egzaminach i dotarło do mnie, że bardzo pasuje mi poziom na jakim funkcjonuje mi się z różnymi osobami. Uwydatniło się to szczególnie podczas egzaminów, tak w standardowym ich przebiegu jaki i w obliczu niespodziewanych komplikacji.

Nagimnastykowałem się trochę w moim zawodowym życiu i tym bardziej teraz doceniam, że coś po prostu działa jak należy. Niemniej, organiczny wstręt do wazeliniarstwa pchnął mnie do napisania o doświadczeniach (swoich i nieswoich) całkowicie przeciwnych – chyba trochę dla kontrastu ale głównie, żeby uniknąć, nieuchronnej podczas śpiewania do szafy Klubu Sportowego „Tęcza”, żenady.

Kończy się rok…

A skoro przy śpiewaniu jesteśmy, to (dosyć już dawno temu) kultowy, nomen omen, utwór „Czarne słońca” Kazik Staszewski zaczynał słowami,  że „kończy się tydzień [i] nie ma nadziei, że następny coś jeszcze zmieni”. To trochę jak w naszej szkolnej „siermiędze powszedniej”, w której właśnie kończy się rok. Kolejny. Co prawda, jeszcze parę rzeczy musi się wydarzyć z dopełnieniem się matur na czele, ale nie da się ukryć, że powolutku podchodzimy do „lądowania”. A dyrektorzy (i -rki) w znakomitej większości przystępują do poszukiwania kogoś, kto w następnym roku byłby gotów poprowadzić przedmiot, który się akurat w arkuszu nie spina.

Przyczyna nieszczęścia

Jest jednak pewien czynnik (fakt, że pośrednio w jakimś stopniu również spowodowany systemem) powodujący, że inteligentnym i sprawczym ludziom odechciewa się myśleć o szkole, jako o miejscu odpowiednim dla siebie. Przyzwyczailiśmy się do narzekania na ogólnie pojętą sytuację i na polityczną architekturę (a że Czarnek! a że Nowacka!), podczas gdy tak naprawdę przyczyna „nieszczęścia” często leży bliżej niż mogłoby się wydawać, bo na naszym własnym podwórku. Bywa, że są nią ludzie dla swojego i innych utrapienia powołani do kadry zarządzającej szkolną placówką.

Daleki jestem od oceniania i pokazywania palcem, co kto źle robi. Ani to moja rola, ani kompetencje, a do tego wyszłoby na pewno żenująco i pretensjonalnie. Ośmielę się jednak napisać, że pracując w siedmiu różnych szkołach (i mając trochę doświadczenia z korpo) jakiś szerszy obraz sytuacji zdążyłem sobie wyklarować. W tym czasie spotkałem kilku wspaniałych dyrektorów (częściej -rek), niebywale sprawczych, skutecznych i zwyczajnie mądrych. Podziwiam ich i uczę się od nich nadal. Nie wszyscy jednak mogą „być lepsi niż średnia” i to jest ten słaby punkt systemu powodujący rozliczne problemy. A jeden z nich to właśnie powszechny brak (chętnych do pracy) nauczycieli.

Szkolny onboarding

Nowy nauczyciel naraża się również na wiele innych, zwykłych i codziennych niedogodności. Sale lekcyjne w szkole „świeżak” zna chyba wszystkie, klasy ma najbardziej problematyczne i takie, których nikt inny nie chciał i choćby miał tylko trzy czwarte etatu, to plan ma taki, że na pewno „otwiera” szkołę w poniedziałek i „zamyka” w piątek (chociaż z tym „trzy czwarte” to też przesadzać nie można, o czym również za chwilę). Niby nic nadzwyczajnego i w każdej pracy to zwykła kolej rzeczy, problem jednak w tym, że mało kto zwraca na to uwagę, a w tak wymagającym „energetycznie” środowisku jak szkoła to prosta droga do rezygnacji i wypalenia. Inna sprawa, że budzi to naturalny i zrozumiały odruch ucieczki, stąd w wielu szkołach trwa permanentna rekrutacja na określone stanowiska.

Dopalanie godzinami i murowanie wakatów

A to „trzy czwarte etatu” to też bardziej w ramach „Baśni z tysiąca i jednej nocy”. Najczęściej jest razy dwa, a jak co cwańsi zarządzający pozakładają (naturalnie nie sami) przy szkołach stowarzyszenia, to wtedy na zlecenie można „orać” ludźmi bez żadnych ograniczeń. Stąd i mentorzy i początkujący, mianowani i dyplomowani ogarniają często nieprawdopodobne ilości godzin. Argumenty, że to dobrze i można zarobić są nie do końca trafione, bo wielu z tych nauczycieli wolałoby raczej zapłacić, żeby nie musieć brać tego wszystkiego, a niektórym dyplomowanym w ostatnim roku udało się nawet oddać fiskusowi niedoszacowany wcześniej podatek. Notabene świadczy to tym, że owszem, progi też są niskie, ale nauczyciele wcale nie zarabiają tak tragicznie jak się o tym powszechnie mówi (szczególnie gdy się kasę podzieli przez liczbę faktycznie przepracowanych w roku dni).

I to nie do końca jest tak, że trzeba brać wszystko bo nie ma innych nauczycieli. Mnie samemu zdarzało się wchodzić do szkoły z ewidentnymi wakatami „przez okno” i za nic w świecie nie mogłem wymyślić dlaczego dostanie w niej pracy było takie trudne. Nie wiem o co chodziło wtedy ale czasem po prostu taniej jest „dopalić” kogoś dodatkowym etatem niż utworzyć kolejne stanowisko, a bywa też, że trzyma się miejsce dla tak zwanych „swoich” (co, swoją drogą, świadczy o tym, że robota nauczyciela wcale nie jest taka nieatrakcyjna). I o ile robienie takich, powiedzmy, trzydziestu godzin w kilku miejscach finansowo może się nawet nie najgorzej spinać, to identyczna konstrukcja w jednej szkole jest zwyczajnie bez sensu, bo w ferie, wakacje, święta i na L4 ląduje się i tak na pojedynczym etacie.

Tylko się zgódź!

Punkt kulminacyjny jednak dopiero przed nami. Często nauczyciele biorą więcej niż powinni na prośbę i za namową swoich przełożonych. Czasami wręcz są stawiani przed faktem dokonanym i dowiadują się o dodatkowych klasach dopiero pierwszego września. Niby mogą się nie zgodzić ale zazwyczaj kierują się chęcią dobrej współpracy, empatią i koleżeństwem (i to nie zawsze jest brak asertywności). I wtedy dopiero zaczyna się zabawa. Plan lekcji takiego nauczyciela przypomina nieudany eksperyment genetyczny, a dodatkowo monstrualnym czynią go powtykane tu i ówdzie dyżury i okienka.

Pół biedy, gdyby te okienka były przeznaczone na złapanie oddechu i wyjście na chwilę z pędzącego kołowrotka. Jak wiadomo, są one jednak po to, by było komu dać w razie potrzeby zastępstwo. I jak masz więcej godzin, to masz więcej okienek – proste. I ci sami dyrektorzy (w praktyce ich zastępcy), którzy w sierpniu prosili swoich kolegów o to by podratowali sytuację biorąc na siebie dodatkowe godziny teraz bez opamiętania i jakiejkolwiek refleksji „przyklepują” im kolejne lekcje, tym razem w postaci zastępstw. A jak się jeszcze ktoś jako pierwszy w dzienniku podpowiada, to już ratunku znikąd, bo wiadomo, że to do końca świata (a przynajmniej roku szkolnego) jego. W miarę sprawnie da się tak pracować do połowy października. Potem już tylko pędzi się przed siebie autostradą do wypalenia.

Co zrobisz by się nie wypalić?

Podobnych zjawisk w szkołach jest dużo więcej i nie ma sensu o nich wszystkich pisać. Dają się one sprowadzić do wspólnego mianownika w postaci (mało refleksyjnego) czynnika ludzkiego. Nader często w miejsce systemowego (w ramach danej szkoły) i celowego zarządzania mamy doraźne gaszenie pożarów, a gdzieniegdzie bywa, że przez polewanie ognia benzyną. Najlepsza nazwa dla tych działań to gospodarka rabunkowa. Racjonalnie funkcjonujący ludzie nigdy nie pozwolą sobie na zbyt długą pracę w takich okolicznościach. Cześć zmieni szkołę (a w ostateczności branżę), mniej „ideowi” odpuszczą sobie wszystko i będą robić (tak bardzo nam znaną) „chałę naszą powszednią”, a „Rycerze Kagańca Oświaty” przynajmniej spróbują wymknąć się spod takiej kulejącej „jurysdykcji”, przeformatowując swoje zatrudnienie tak, byt nadal móc „robić swoje” gdzie indziej. No chyba, że się wypalą.

Tak czy inaczej efektem jest zawsze utrata zasobów. Za słówkiem „(human) resources” nie przepadam od czasów mojej bytności w korpo, ale w tym miejscu, to te właśnie „zasoby” dobrze oddają to, co szkoła traci nieodwracalnie. To potencjał ludzi, ich kreatywność, doświadczenie, zaangażowanie, chęć pomagania innym i towarzyszenia młodzieży w dorastaniu i rozwoju. To też niezliczone kompetencje i talenty, które (zauważam to coraz częściej) ludzie w szkołach na wszelki wypadek zwyczajnie ukrywają (zbiera mi się na opisujący to zjawisko post). Dlatego myślę, że ten właśnie „czynnik ludzki” w diagnozowaniu problemów może okazać się szalenie istotny. Czasami może okazać się wręcz, że bardzo prosta przyczyna wielu codziennych bolączek znajduje się bliżej niż się spodziewamy. I ministrowie, tak byłej jak i obecnej ekipy, nie mają z tą sprawą zupełnie nic wspólnego.

Ostatnie komentarze:

Dodaj komentarz


Posted

in

by