,

Miłość, Monolit i Matematyka

Jakiś czas temu na linkedinowej ściance pojawił mi się post Patrycjusza Wyżgi, w którym zapowiadał intrygującą rozmowę z dr Tomaszem Millerem na jego kanale Didaskalia. Podjarałem się natychmiast, bo wiedziałem, że gdy spotka się jeden z największych kozaków dziennikarstwa z jednym z największych kozaków nauki, to musi z tego wyjść coś wspaniałego. Odpaliłem nagranie i nie zawiodłem się, a wręcz dostałem więcej niż się spodziewałem. Dwie godziny fascynującej podróży przez meandry fizyki, kosmosu, a właściwie kosmosów, granic nauki i tego, czego jeszcze nie wiemy i „jeszcze nie wiemy, że nie wiemy” wciąga niesamowicie i raz po raz przyprawia o ciary ekscytacji. Niczego nie zamierzam jednak przytaczać ani recenzować – to trzeba zobaczyć (wklejam więc pod tym postem). Dość powiedzieć, że panowie swoją osobowością, intelektem, skromnością i klasą nakrywają czapką całe rzesze najróżniejszych internetowych cudaków.

Więcej niż fascynacja

Rozmowa związana jest głównie, rzecz jasna, z fizyką ale Tomasz Miller zaczyna od pięknej, czystej i niezaprzęganej do żadnej roboty matematyki, a właściwie Matematyki przez duże „M”. Ponownie – niczego nie przytoczę – trzeba tego (i innych jego wystąpień) posłuchać, poczytać i pooglądać… A gdy oglądałem przypomniały mi się popularnonaukowe wykłady Millera, Ecksteina…, organizowane przez sopocki Goyki 3 Art Inkubator, na które z namaszczeniem  przedpandemicznie się wybierałem. I studia mi się przypomniały i zdumienie, zachwyt i onieśmielenie kiedy „z gębą otwartą jak kmieć na progu pańskiego pałacu” z każdym dniem odkrywałem kolejne fragmenty nieskończonej matrycy, z której utworzono fizyczną rzeczywistość, matrycy, która jednakowoż tej rzeczywistości do niczego sama nie potrzebuje. I uzmysłowiłem sobie (po raz kolejny), że właśnie to jest moja prawdziwa i największa życiowa miłość.

Na jednym ze wspomnianych spotkań dr Michał Eckstein (można by rzec „ze stajni Millera”) cofał się (nie tyle w sensie czasowym, co logicznym) pytając czy takie na przykład twierdzenie Pitagorasa było prawdziwe przed Pitagorasem (?), sto milionów lat temu (?), „przed” Wielkim Wybuchem (?) i czy byłoby prawdziwe gdyby nie istniał fizyczny świat. W odwiecznym pytaniu czy matematykę się tworzy, czy raczej odkrywa wydają się przeważać postawy przyznające, że królowa nauk świetnie radzi sobie bez nas – „ciut” bardziej inteligentnych małp nieporadnie próbujących wystawić swoje obarczone fizycznym uwiązaniem głowy poza skraj platońskiej jaskini. W „Ukochanym równaniu…” pisałem ostatnio, że matematyka jest „po nic” przywołując profesorskie konstatacje, że „jest […] piękna właśnie dlatego, że nie przydaje się w […] życiu”. Chyba niewystarczająco dałem upust wrażeniu jakie książka na mnie wywarła bo kolejny wpis poświęcam mojej wielkiej miłości.

Matematyki używanie i Matematyki kochanie

W gruncie rzeczy, bowiem, prawdziwie kochać można tylko taką właśnie matematykę. Oczywiście można jej uczyć, stosować ją w nauce, handlu, ekonomii, inżynierii, statystyce… Można trzepać te wszystkie całki, macierze, równania różniczkowe, rozmaite przestrzenie (i rozmaitości), można układać analityczne modele, robić szkolne zadania i używać matematyki do najprzeróżniejszych zastosowań. Sam robiłem wiele z tych rzeczy ale mógłbym o nich co najwyżej powiedzieć, że „bardzo lubię” to matematyki „używanie”.

Mimo, że „używanie” to bardzo lubię, lubię też myśleć o sobie, że jestem normalny, więc staram się trzymać jakąś równowagę robiąc rzeczy, które z matematyką powiązane są nienachalnie. Uwielbiam sport, trochę go oglądając, trochę zaś uprawiając, a że pierwsze miejsce zajmuje lekka i zaraziłem nią całą rodzinę to razem ją śledzimy i bywamy na różnych lekkoatletycznych wydarzeniach. Lubię finansowe rynki i cały ten złożony organizm, więc siedzę trochę w książkach i necie, uczę się, oglądam i trochę próbuję swoich sił w miarę skromnych możliwości. Bardzo lubię poczytać też coś z drugiego bieguna postrzegania świata, więc czytam i zbieram książki, które im dalej od matematyki i matematyczności leżą, tym więcej sprawiają mi frajdy. Lubię bardzo wiele najróżniejszych rzeczy. Pisałem już wielokrotnie, że jako facet pracujący w szkole muszę chcieć się orientować w różnych dziedzinach, bo inaczej byłbym po prostu nieautentyczny.

Miłość, Monolit i Matematyka

Właściwie to nawet robić te rzeczy „kocham” – ale kocham jakoś inaczej, przyziemnie i pragmatycznie. To takie trochę moje romanse, bardzo przyjemne, czasem emocjonujące, z których każdy daje mi coś innego. Sprawiają, że życie i codzienność stają się ciekawsze, pełniejsze i przynoszą satysfakcję. I myślę, że wszystkie te rzeczy w życiu są konieczne. Ale do prawdziwej miłości potrzeba czegoś jeszcze. Potrzeba tajemnicy i jej odkrywania, potrzeba fascynacji obcowania z czymś nieporównanie większym – jak człowiek z Monolitem w „Odysei kosmicznej” Kubricka, potrzeba doświadczenia dotykania (choćby i przez nieskończone iteracje interpretacyjnych przybliżeń) nieograniczonego Absolutu. I taka jest moja „M”. I taką „M” w szkole od czasu do czasu moim uczniom przemycam.

Tym razem wyjątkowo przypisy:

1. Wklejam rozmowę Patrycjusza Wyżgi z Tomaszem Millerem, wokół której zbudowałem ten wpis:

3. W odmętach Internetu wygrzebałem też stare nagranie wykładu Michała EcksteinaGoyki 3 Art Inkubator w ramach „Matematycznego Wszechświata”:

Ostatnie komentarze:

Dodaj komentarz