,

„Ukochane równanie profesora”

W nieregularnie poutykanych, pomiędzy rodzinę, pracę i pisanie postów, przerwach najczęściej nurzam się w różnego kalibru książkach i artykułach. Staram się czytać więcej niż sam piszę, więc w zasadzie przez cały czas mam pod ręką jakąś lekturę do poczytania. Sporo z tego to moje branżowe znaleziska ale byłoby zbyt prosto, gdybym zaglądał tylko do pozycji jakoś związanych z moim życiem zawodowym. Sporo uwagi poświęcam więc też książkom o budowaniu marki i rozwoju osobistym, choć jako gość wyjątkowo sceptycznie nastawiony do wszelkiej maści guru kołczingu, przepuszczam je najpierw przez bardzo restrykcyjne filtry. Całkiem już prywatnie jaram się rynkami finansowymi, więc czasem przesiaduję nad grubymi tomiszczami, klasycznych podręczników nie wyłączając i jeszcze (o zgrozo!) robię do tego notatki.

Wydaje mi się niemniej, że jestem całkiem normalny, mam zatem na swoich półkach również trochę książek popularnonaukowych (w których prym wiedzie – a jakże! – Heller) i oczywiście beletrystykę. Kiedy chcę wydawać się trochę mądrzejszy, czytam Olgę Tokarczuk, a gdy mam ochotę doszczętnie się sponiewierać – Jacka Dukaja. On zawsze pomaga mi utrzymać ego na kontrolowanym i, mam taką nadzieję, bezpretensjonalnym poziomie. Tak czy inaczej kupić mi prezent na święta jest bardzo łatwo.

Trochę inna książka

„Profesora” znalazłem więc pod choinką (trochę wyczuwając w tym rękę mojej żony). I jeżeli można mówić o pierwszym wrażeniu w przypadku książek, to właśnie „Ukochane równanie…” już od samego początku zalotnie do mnie mrugało. Minimalistycznie ale pięknie wydana niewielka książeczka, bardzo przyjemna w dotyku (coś absolutnie nieosiągalnego w czytnikach) i taka jakby inna – niszowe wydawnictwo, japońskie znaki i niecodzienne nazwiska na okładce, a gdy ją kartkowałem, zaczęły ukazywać się poukrywane w różnych zakamarkach historii matematyczne symbole i liczby. Doskonała lektura na trochę spokojniejszy czas i do poczytania dla tak zwanej przyjemności.

Obietnica niecodziennych ale subtelnych doznań okazała się mieć pokrycie z nawiązką. O autorce Yōko Ogawie i nagrodach, których była laureatką nie wiedziałem zupełnie nic, co tylko zwiększało pewną egzotykę opowiadania, a tym co ponad wszelką wątpliwość miało niebagatelny, a wręcz decydujący, wpływ na ogólną „estetykę” polskiego wydania było przepiękne tłumaczenie Anny Horikoshi. Zdarzało mi się czytać fantastyczne książki z nie do końca udanym przekładem (w tym monumentalną trylogię „Problemu trzech ciał” Cixina Liu – aż żałowałem, że nie znam chińskiego), w tym jednak przypadku tłumaczenie doskonale dopełniało niezwykłości tego małego arcydzieła.

Profesor, gospodyni, Pierwiastek i matematyka

Utrzymana w słodko-gorzkim klimacie książka opowiada o spotkaniu starszego człowieka, emerytowanego profesora matematyki ze skierowaną do niego z agencji pracy gosposią oraz jej dziesięcioletnim synem, pieszczotliwie nazywanym przez gospodarza Pierwiastkiem. Wielką pasją młodego Pierwiastka jest japoński baseball, a Profesora, rzecz jasna, matematyka i to one pozwolą nawiązać bohaterom subtelną nić specyficznego porozumienia. Jak możemy przeczytać, w krótkim opisie na okładce, staną się one „językiem, który pozwoli im zbudować namiastkę rodziny”. ”Wspólne życie pokaże [jednak], że znacznie łatwiej napisać […] równanie niż ułożyć relacje z drugim człowiekiem”. Profesor cierpi bowiem na uraz mózgu, wskutek którego jego pamięć trwa tylko osiemdziesiąt minut.

Akcja toczy się niespiesznie i próżno spodziewać się fajerwerków, spektakularnych wydarzeń, dramaturgii i napięcia. Tym co buduje nastrój opowieści jest raczej jej lekkość i niezwykła prostota – i oczywiście ukochana przez Profesora matematyka. Z powodu nietypowej przypadłości staje się ona dla niego sposobem i kluczem do nawiązania kontaktu z drugim człowiekiem, a matematyczne prawa nieopisanym pięknem i misterną „koronką utkaną przez Stwórcę”. Gospodyni i Pierwiastek przyjmują niezwykłe zaproszenie i krok po kroku zagłębiają się w nieprzenikniony świat niesamowitej harmonii, odkrywając, prowadzeni ręką Profesora, „fragmenty zapisów w grubym zeszycie Boga”.

Królowa nauk i zapiski w zeszycie Boga

Książkę można przeczytać w jeden wieczór ale warto robić to powoli, smakując każde słowo i dając się otulić subtelnemu, nieco egzotycznie z japońska „pachnącemu” nastrojowi. I chociaż „królowa nauk” jest nieodłączną tkanką, z której wyłania się otaczająca bohaterów rzeczywistość, nie potrzeba żadnej matematycznej wiedzy aby opowieść czytać z przyjemnością, a nienachalnie i z umiarem zawarte w niej matematyczne prawa i liczby z całkowitym zrozumieniem. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że im mniej matematycznych doświadczeń czytelnika, tym piękniejszy i bardziej niezwykły wydać mu się może „zeszyt Boga” tak często przywoływany przez Profesora.

Dla siebie, na końcu książki wynotowałem jedno zdanie. W swojej nauczycielskiej karierze po raz kolejny uświadomiłem sobie bowiem, że to co mnie wydaje się oczywiste i od dawna znajome może być niezwykłym odkryciem dla moich uczniów. Myślę, że jako nauczyciele powinniśmy bezustannie o tym myśleć i wciąż sobie przypominać, być może jak tytułowy Profesor – co osiemdziesiąt minut… Osobistych smaczków w opowiadaniu odnalazłem więcej. Akcja rozgrywa się w 1992 roku, gdy sam byłem w wieku Pierwiastka, a krótkie nawiązanie w pewnym momencie opowieści do Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie (transmisje zawodów w telewizji tego upalnego lata to jedno z moich najpiękniejszych wspomnień) było dla mnie jak wołanie po imieniu poprzez rozległe obszary czasoprzestrzeni.

Życie i matematyka

Tym jednak co rezonowało ze mną najmocniej była oczywiście sama matematyka. Od tamtego czasu minęło już prawie dwadzieścia lat ale wciąż mam w pamięci moje pierwsze zanurzenie się w „prawdziwą” i „policealną” matematykę kiedy rozpoczynałem studia. Moje zaskoczenie mieszało się wtedy z autentycznym zachwytem nad tym, czym matematyka jest i z dojmującym poczuciem pokory i własnych ograniczeń wobec tego nadzwyczajnego „zjawiska”. Jako twardo stąpający po ziemi facet użyłem jej później jednakowoż do przyziemnych i partykularnych celów, bądź to pracując w korpo, bądź to przeliczając stopy zwrotów i optymalizując rozmaite działania, a pracując w szkole wykroiłem ją do ministerialnych programów, schodząc czasem aż do poziomu sprawnych rachunków.

„Zdradziłem ją” też, chłodno w systemowej siermiężności kalkulując, i przeformatowałem swoje zatrudnienie tak, że jako „facet od cyferek” nie mam przypisanej ani godziny tego przedmiotu, będąc już dla pewnych roczników uczniów wyłącznie „facetem od skaczących na sprężynie ciężarków”. A w przeszłości, jak każdy nauczyciel (też niejako w systemowej siermiędze) wszedłem w obszary jej zastosowań, matematyzacji i wykorzystania w codziennym życiu. Jak każdy nauczyciel zadawałem pytania „po co” matematyka jest i jak każdy ze spokojem dołączałem do zbioru rozwiązań odpowiedź: „żeby cię pani w sklepie nie oszukała”.

Piękna i doskonała bezcelowość

A tymczasem matematyka jest „po nic”. Ona po prostu jest i istnieje niezależnie od tego czy ją „oglądamy”, czy nie, a jej „jedynym [idąc za wersami książki] celem jest odkrywanie prawdy”. Jest piękna i nieodgadniona, jednocześnie niezwykle złożona i niezwykle prosta, dająca się uprawiać przez najmłodsze dziecko, a zarazem wymykająca się najwspanialszym umysłom rodzaju ludzkiego i  w rzeczy samej, jest śladami palców Boga konstruującego Wszechświat. I wreszcie, jak mawiał tytułowy Profesor, „jest piękna właśnie dlatego, że [zupełnie] nie przydaje się w codziennym życiu”. Warto przeczytać „Ukochane równanie…” by tego wszystkiego samemu doświadczyć – albo po prostu sobie przypomnieć.

Ostatnie komentarze:

Jedna odpowiedź do „„Ukochane równanie profesora””

  1. Awatar Miłość, Monolit i Matematyka – Edukacyjny.blog Seb Janczy

    […] I podpinam link do wpisu „Ukochane równanie profesora”, do którego też odnoszę się w tym […]

    Polubienie

Dodaj komentarz


Posted

in

,

by