Szczedryk szczedryk, szczedriwoczka

Mój pierwszy wpis w nowym roku miał być zupełnie inny. Jest przygotowany od dawna, czekałem tylko na odpowiedni moment by go opublikować, a pierwszy dzień stycznia wydawał mi się do tego momentem idealnym. Życie jednak samo pisze swoje scenariusze, narzucając czasem bezceremonialnie to, co najważniejsze. Wpis rozpoczynający 2025 rok będzie więc o czymś zupełnie innym niż zaplanowane przeze mnie arcyważna EjAj, humanizm i edukacja. Będzie on o czymś, co szczególnie w kontekście humanizmu, wydaje mi się daleko bardziej istotne.

Klasowa wigilia

Ostatniego dnia szkoły przed świętami, podczas klasowej wigilii (na którą zostałem niejako administracyjnie dopisany) podeszła do mnie moja ukraińska uczennica z jej polską koleżanką i poprosiła, żebym włączył na YouTubie ponadstuletnią pieśń Щедрик, ale taką z ukraińskimi i polskimi napisami. Ostatecznie dziewczyny trochę wstydziły się zaśpiewać ją przed całą klasą ale to wydarzenie wbiło mi się do głowy tak bardzo, że myślałem o nim jeszcze długo po zakończeniu wigilii. Jasne dla mnie stało się bowiem, że mamy dziś zupełnie inny obraz polskiego społeczeństwa niż jeszcze kilka lat temu, a już szczególnie różny od tego jaki mieliśmy na początku naszego stulecia.

Pamiętam, że kiedy sam byłem w szkole podstawowej, moja nauczycielka geografii (a może historii?) powiedziała, że jesteśmy krajem jednolitym etnicznie. Oczywiście przyczyniły się do tego niechlubne, a wręcz często tragiczne wydarzenia z historii ale w gruncie rzeczy, podsumowała, ta jednolitość była wygodna i pozytywna. Nie wiem dlaczego zapamiętałem akurat tamten dzień. Czasami jest tak, że zapamiętujemy jakieś pozornie mało istotne szczegóły, które stają się jednak częścią misternej mozaiki rozumienia i postrzegania otaczającej nas rzeczywistości.

Fundamentalna zmiana

Świadomy zmian zachodzących w tej rzeczywistości, rzecz jasna, przez cały czas jestem ale ten kawałek świata nadal rozumiałem w taki właśnie sposób – aż do tamtej klasowej wigilii. Wtedy zrozumiałem, że pewne rzeczy zmieniły się na zawsze, a nasza Polska jest już różna od tej, którą pamiętałem z czasu gdy sam chodziłem do szkoły. Różna jest przede wszystkim o setki tysięcy ukraińskich dzieci, które przybyły tutaj po wybuchu tej paskudnej wojny.

Zacznę jednakowoż od tematów „słabych”. To nie jest tak, że nie widzę negatywnych konsekwencji tego migracyjnego zjawiska. Jako facet pracujący z młodzieżą i jako ojciec chodzących do szkoły dzieci widzę je aż za dobrze. Widzę zmęczenie ludzi zupełnie słusznie wkurzonych na pewne zachowania i sytuacje, które w naszym kraju szczęśliwie udało nam się wyeliminować lub przynajmniej ograniczyć już jakiś czas temu. Widziałem frustrację, a później zniechęcenie wczesnoszkolnych nauczycielek, którym z dnia na dzień posypały się żmudnie „układane” od miesięcy klasy, a gdy już, niczym siłaczki (choć bardziej pasowałoby „Syzyfki”), znów wyprowadziły swoich uczniów na w miarę normalne tory, dostały kolejny „strzał”, bo okazało się, że żeby dostać osiemset plus to trzeba swoje dziecko posłać do szkoły. Widziałem frustrację koleżanek, które na dodatkowych lekcjach języka polskiego miały zerową frekwencję, a niektóre dzieci po polsku i tak nie umiały się porozumieć. Przykładów takich dzieci przytaczać można mnóstwo – tylko, że to już są trochę nasze dzieci.

Tego ostatniego przedświątecznego dnia zajęć uświadomiłem sobie, że młodzież, z którą pracuję rzeczywiście jest dwu- (by nie powiedzieć „wielo-„) -kulturowa i każdego dnia w naszej szkolnej przestrzeni spotykają się młodzi ludzie pochodzący z obydwu narodów. A jako ojciec dzieci chodzących do szkoły tym dobitniej zdałem sobie sprawę, że moje dziewczyny budują faktyczne przyjaźnie z Ukrainkami. Jasne, że o tym wiedziałem wcześniej ale nie myślałem o ich przyjaciółkach jak o osobach innej narodowości, doświadczeniach, mentalności i kulturze. A takich relacji jest mnóstwo. One na stałe funkcjonują w naszej codzienności i stale tę codzienność budują.

Dasza

Od fatalnego wybuchu wojny spotkałem mnóstwo najróżniejszych dzieci, które wraz ze swoimi matkami uciekły z Ukrainy. Jednym z nich była Dasza (imię, oczywiście, tak jak i kolejne, zmieniłem). Pojawiła się z dnia na dzień w trzeciej klasie gdańskiego liceum. Wycofana i oszołomiona, praktycznie nie mówiła po polsku. Jednak już pierwszego dnia zaczęła swoją walkę o to by odnaleźć się w nowym otoczeniu. To jaką pracę wykonała ta dziewczyna, żeby od nowa zbudować swój świat było dla mnie nieprawdopodobne. Pamiętam jej uśmiech gdy po kilku miesiącach zaczepiłem ją na korytarzu, żeby powiedzieć jej jak wspaniale sobie poradziła i jak świetnie mówi w naszym języku. To był taki uśmiech, który pojawia sięwtedy, gdy znika niepewność, kiedy ktoś powie ci, że wykonałeś dobrą robotę. Stworzyła później parę z jednym z najciekawszych i najfajniejszych chłopaków w całej szkole.

Aleks i Dima

Aleks i Dima byli zwykłymi, nieporządnymi, czternastoletnimi chłopakami. Wyrwani ze swojej znanej i bezpiecznej codzienności trafili do polskiej szkoły. W polskiej szkole nieporządnych czternastolatków także nie brakuje, więc napięcia były nieuniknione. Docieranie szło bardzo opornie i tak po ludzku (i jako facet, mogę powiedzieć, że także po męsku) bywało mi ich szkoda, bo od naszych chłopaków różnili się niewiele, a z góry znajdowali się zawsze na straconej pozycji. Sytuacja ciążyła niebezpiecznie w kierunku utworzenia czegoś w rodzaju „ukraińskiego getta”. Wszyscy skończyli już szkołę. Widuję ich czasami na mieście, pozdrawiają mnie z wyraźnym wschodnim akcentem idąc, jak to, piętnastoletnie dziś, nieporządne chłopaki, w grupie. Grupa ta jednak, w odróżnieniu od niespecjalnie dobrej przeszłości, składa się zarówno z Ukraińców jak i z ich polskich kolegów.

Olena

Olena była w czwartej klasie podstawówki. Miała już w swojej historii kilka przeprowadzek. Dorosła nad swój wiek starała się jakoś ogarniać siebie w kolejnym „budowanym od zera” miejscu. Pamiętam jak ta, dziesięcioletnia wówczas, dziewczynka mówiła, że najtrudniejsze dla niej jest to, że za szybko dojrzała, że sprawia jej to realny problem. I pamiętam jak nie chciała wyjeżdżać na stałe do Kanady. „Kiedy już wszystko sobie jakoś poukładałam, znowu muszę się przeprowadzić” – to były dramatyczne słowa.  Powiedziałem jej wtedy, że wiem, że świetnie sobie ze wszystkim poradzi i że nie musi się bać, bo wszystko czego potrzebuje jest w niej. Klasa prowadzona przez moją koleżankę zrobiła jej wspaniałe pożegnanie z tortem i wspólnym pieczeniem gofrów.

Ivan

W tej samej klasie był Ivan. Wyrwany nagle ze swojego świata zupełnie nie dawał sobie rady w nowym środowisku. Wieczny outsider, nieakceptowany przez inne dzieci, które też potrzebowały czasu, żeby jakoś odnaleźć się i ukonstytuować w nowej dla wszystkich sytuacji, notorycznie uciekał z lekcji. W miarę bezpieczny i zwarty grunt odnalazł wreszcie w matematyce. W jakiś niezwykły sposób ta nauka była w stanie go uspokoić i dać mu oparcie w jego chybotliwym świecie. Zaczął się zgłaszać i robił mnóstwo „zadań do przodu”. Być może w jakiś niewytłumaczalny sposób pomógł mu uniwersalny język przyrody, w którym można się porozumieć bez względu na narodowość i pochodzenie. Wkomponował się już w klasową grupę i radzi sobie coraz lepiej.

Irina i Zosia

Największą traumę przeżyła Irina. Od początku nie nawiązywała z nikim kontaktu, nie reagowała na żadne próby rozmowy, a jej nieprzeniknione, i zawsze smutne oczy przez cały czas były wpatrzone w podłogę. Podczas pisemnych prac oddawała puste kartki. Właściwie niezupełnie puste… Często rysowała jakąś broń, jakieś wybuchy i niepokojące kształty. Ogarnęła ją Zosia. Przez cały rok siedziała z nią w ostatniej ławce, tłumaczyła jej zadania, trudniejsze polskie zwroty i pomagała jej we wszystkim. Przestałem uczyć tą tę? klasę ale po jakimś czasie na zastępstwie Irina sama zaczęła ze mną rozmowę. Nie mogłem uwierzyć jakim cudownym zrządzeniem losu była dla niej przyjaźń z Zosią. Dzisiaj obie dziewczyny działają w szkolnym samorządzie.

Wszystkie te historie są całkowicie prawdziwe. Nie wymyśliłem ich (prócz imion) i nie podkoloryzowałem na potrzeby tego artykułu. To są autentyczne życia młodych Ukraińców wplecione i uwikłane w autentyczne życia młodych Polaków. To się dzieje codziennie. Codziennie przenika się i miesza w tysiącach polskich szkół, a potem w tysiącach polskich domów. I skutki tego czasu będą z nami już zawsze. To inherentna część i cecha naszego społeczeństwa – i kawałek historii, który wydarzył się w tej części świata. I już nie każda nasza Aleksandra to Ola, bo czasem to jest Sasza. I to też będzie z nami zawsze.

Pokój, Nadzieja i wolna Ukraina

Dlatego składanie noworocznych życzeń chciałbym zacząć od naszych ukraińskich Przyjaciół. I myślę, że nie minę się z prawdą, jeśli napiszę, że my wszyscy w nowym roku życzymy Wam Pokoju, Nadziei i Radości (co tak naprawdę na jedno wychodzi). Życzymy Wam wolnej i bezpiecznej Ukrainy, choć w Polsce także jesteście u siebie. I tak – jesteście tu mile widziani.

Poniżej Szczedryk w najpiękniejszym chyba wykonaniu litewskiego chóru Vilnius,

i w wersji z klasowej wigilii.

Szczęśliwego Nowego Roku i Pokoju dla Wszystkich.

Ostatnie komentarze:

Dodaj komentarz


Posted

in

by