Zakończyły się próbne testy ósmoklasisty. W tysiącach szkół tysiące dzieci właściwie po raz pierwszy w swoim życiu usiadły do czegoś, co można nazwać jakąś formą egzaminowania. Parę tygodni wcześniej to samo zrobili przyszli maturzyści. Jak co roku zorganizowaliśmy taki trochę „straszak”, a trochę próbę prawie generalną (bo takich testów w wielu naszych szkołach przed „godziną zero” będzie jeszcze kilka). Po uczniach usiądą nauczyciele – do sprawdzania tego co w tych arkuszach nasze dzieci powypisywały. Ale nie wszyscy. I (jak co roku) się zaczęło…
Krajobraz „przed” bitwą
W związku z tym, że w swojej dydaktycznej robocie w tym roku szkół łączę aż trzy, to bez nadmiernego zadęcia mogę powiedzieć, że mam dość dobry ogląd sytuacji, jak „krajobraz przed tą bitwą” w różnych miejscach wygląda. Nie trzeba zresztą wielkiego oglądu, żeby sobie sytuację samemu zwizualizować. A nawet jak nie, to wystarczą internety (tak się teraz mówi, prawda?), a tam w niektórych miejscach pokrywka na bulgoczącym garnku zaczęła dużo mocniej podskakiwać.
Jako facet, któremu bycie nauczycielem wżarło się już nawet do Freudowskiego id, nurzam się często w różnych nauczycielskich (i nie tylko) portalach. Natrafiłem więc jakiś czas temu na wpis Piotra Wasyluka prowadzącego na Facebooku blog Dragonfly perspective „Czy zawód nauczyciela to zawód misyjny?”, pod którym rozgorzała dyskusja o (między innymi) jednorodności grupy zawodowej nauczycieli. Ostatnio natomiast polonistka Asia Krzemińska na swoim profilu Zakręcony belfer podzieliła się refleksjami na temat sprawdzania prac uczniów po próbnym egzaminie. W krótkim czasie wpis zebrał ponad 100 komentarzy, w których, zgodnie z tytułem niniejszego artykułu, sporo nauczycielek dało upust swojemu poczuciu niesprawiedliwości. I trochę mnie te wpisy zainspirowały do wzięcia na warsztat tej naszej „grupy zawodowej”.
Zawodowa nie-sprawiedliwość
Prawda jest taka, że jako ta właśnie zawodowa (skądinąd bardzo niejednorodna) grupa słyniemy z malkontenctwa i narzekania (i może nawet w tych komentarzach to miejscami pobrzmiewa), jednak nie sposób nie zauważyć, że systemowi edukacji brakuje jakiejś równowagi i elementarnej sprawiedliwości. Bo czym innym może być sytuacja, w której polonistki (i -ści) i matematyczki (i -cy) przyjmują wsad kilkudziesięciu wielostronicowych arkuszy do sprawdzenia w (a jakże!) swoim domu i dostają za to dokładnie taki sam kesz jak pozostali (też oczywiście potrzebni i obciążeni swoimi rzeczami) nauczyciele?
A sprawdzanie góry papierów to tylko jeden z bardzo wielu aspektów zabetonowanej Kartą Nauczyciela szkolnej rzeczywistości. Skoro już przy egzaminach i polonistach (matematykach) jesteśmy, to jak można porównać nakład pracy, presję i odpowiedzialność kogoś kto z klasą ma dojechać do, niechby i podstawowej, matury z „ciśnieniem” wywieranym na nauczyciela (again: też bardzo potrzebnego) jakiegoś mniej wariackiego i niematuralnego przedmiotu?
Idźmy z tym dalej: topowe liceum z presją na wyniki versus milusia podstawówka w sercu, powiedzmy, krajobrazowego parku. Przecież to dwie różne galaktyki, a takie przykłady można mnożyć w nieskończoność! Sam kocham łączyć skrajne rzeczy i bardzo lubię to, że w mojej pracy mogę dawkować sobie wszystkiego po trochę – ale dzięki temu mam takie porównanie, że właśnie „porównania żadnego nie ma”. Jedynym co łączy nauczycieli ogarniających wszystkie te sprawy jest nazwa zakładu pracy. I stawka za zrobienie swojej roboty.
System awansu i tabelka wynagrodzeń
Niewątpliwie są osoby, którym zamrażająca rzeczywistość Karta Nauczyciela jest bardzo na rękę ale dla edukacji, uczniów, ich rodziców i samych nauczycieli to zapieczony hamulec przeszkadzający w normalnej jeździe do przodu. W „zewnętrznym” świecie jest tak, że jeżeli, dajmy na to, czereśni jest mało, a agrestu dużo, to czereśnie są drogie, a agrest tani. W szkole czereśnie i agrest kosztują tyle samo, chyba że czereśnia pochodzi z drzewa, które nie ma jeszcze czterech lat – to wtedy kosztuje mniej. Przydziela się jej wtedy dwa razy droższy agrest ze starszego krzaka, który od tej pory zwany jest agrestem-mentorem. System awansu zawodowego i sztywna tabelka wynagrodzeń powodują więc wiele najróżniejszych sztucznych problemów (bo powodować je zwyczajnie muszą!).
Odrobina wolnego rynku
Od lat bije się na alarm, że w szkołach brakuje nauczycieli matematyki i fizyki. Nie ma w tym nic dziwnego, bo w kontekście oczekiwań stawianych ludziom, którzy mogliby się tym zająć, płaci się im po prostu najmniej. Mówi się, że nauczyciele są słabi i niewiele wiedzą o świecie… Załóżmy więc, że spełniony zawodowo człowiek po dwudziestu latach świetnej kariery w międzynarodowych korporacjach albo z sukcesami prowadzący własny duży biznes chciałby, oddając coś społeczeństwu, podzielić się z młodzieżą swoim doświadczeniem, ucząc na przykład biz-u. To co dyrektor szkoły ma mu do zaoferowania to najniższa możliwa stawka i stanowisko „nauczyciel początkujący”. I o ile takiemu komuś na pewno w tej sytuacji na pieniądzach nie zależy, to jest to dla niego zwyczajnie poniżające (choć w zasadzie ośmiesza tylko samą szkołę).
Takich hipotetycznych (i nie tylko hipotetycznych) sytuacji można przywoływać mnóstwo. Dla kogoś kto funkcjonuje na „wolnym wybiegu” takie zasady to daleko idący absurd i nieporozumienie. To oczywiste, że system edukacji jest dużo bardziej złożony i nie funkcjonuje na tym właśnie „wolnym wybiegu” ale może warto pomyśleć nad pewnym „uwolnieniem” zarobków nauczycieli? Niechby i dyrektor nadal miał tę samą szkolną pulę na wynagrodzenia ale, zamiast sztywnej rozpiski, dzielił ją zgodnie z zapotrzebowaniem, wykonywaną pracą i wartością wnoszoną do firmy? Zgodnie z przydatnością dla szkolnego „przedsiębiorstwa” – takiego właśnie, w którym zdrowe zasady są szczególnie istotne. Lepsi pracownicy mogliby więc wtedy zarabiać więcej i awansować szybciej, słabsi awansowaliby wolniej i zarabiali mniej. I to byłoby sprawiedliwe i normalne. I w gruncie rzeczy tak powinno być.


Dodaj komentarz