,

You are enough

Mam takie powiedzenie, że dzieci różnią się głównie rodzicami. Prawdopodobnie usłyszałem je gdzieś lub przeczytałem, ale utożsamiam się z nim tak bardzo, że traktuję je jak swoje własne. Znam też inne, którego nie znoszę: fajnie brzmi i świetnie motywuje – i bardzo łatwo w nie uwierzyć bo przecież „the sky is the limit” – tylko że to nieprawda.

Od kiedy jestem w szkole, staram się na różne sposoby pomagać moim uczniom przede wszystkim uwierzyć w siebie. Czasami to jedyne (i najważniejsze) co jestem w stanie dla nich zrobić. Często zdarzało mi się ich mentalnie ogarniać, szczególnie gdy musieli mierzyć się z jakimś trudnym wyzwaniem (a, choć tego nie widać, trudnych wyzwań w życiu nasze dzieci mają ogrom). Podpowiadałem im wtedy, że mają wszystko czego potrzebują, bo to od dawna jest w nich, ale nigdy – przenigdy nie odważyłbym się im powiedzieć, że mogą osiągnąć wszystko co tylko chcą.

Pierwsza różnica

Zaliczyłem bardzo różne szkoły. Czołówkę rankingów, prestiż i „elitarną młodzież” ale też (a bywało, że w tym samym czasie) biedę, niedostosowanie i zespół alkoholowy. I zawsze gdy „przelogowywałem” się między tymi światami, uporczywie i natrętnie narzucała mi się myśl, że na jakimś podstawowym poziomie te dzieci różnią się głównie rodzicami. Oczywiście, ta młodzież z „czubka” zdradzała fantastyczne zdolności i życiowe „ogarnięcie”, a nawet jak nie, to była umiejętnie „regulowana” i prowadzona. I właśnie to „nawet jak nie” robiło ogromną różnicę. Bo dla dzieci z mniejszym szczęściem w populacyjnym totolotku „fantastyczne zdolności” bywały jedyną szansą na wyrwanie się z beznadziei, w której zostały umocowane. Nawet pobieżna znajomość pedagogiki wystarcza by rozumieć jak kolosalny (i determinujący) wpływ dziecko ma środowisko, w którym dorasta i dorośli, których naśladuje, nie będę się więc na ten temat wymądrzał. Chciałbym natomiast odnieść się do dwóch spraw, które jakoś z tym wszystkim rezonują w mojej nauczycielsko – pedagogicznej (co na jedno wychodzi) karierze.

Wprowadzanie na minę

Pierwsza, to nasza częsta tendencja do pokazywania naszym uczniom współczesnych „baśni z tysiąca i jednej nocy”, jak to facet bez nóg wchodzi na Mount Everest, chłopak z marginesu zostaje mistrzem świata w jakimś-tam sporcie, a zwykła dziewczyna, pomimo początkowych niepowodzeń w atakowaniu zagranicznych studiów, w końcu dopina swego, a potem zakłada firmę i w ogóle jest fancy i glamour. Jasne, że chcemy dobrze i że takie historie mogą inspirować ale po pierwsze: zapominamy, że na jednego takiego szczęściarza przypadają tysiące tych, którym się nie udało, a wysiłki doprowadziły ich do depresji, ciężkich kontuzji, długów i Bóg wie czego jeszcze. A po drugie: co ma sobie myśleć „randomowy” uczeń z nieidealnej i niedomagającej na wielu polach rodziny, którego ostrzeliwujemy historiami o takich „zwykłych” bohaterach? „Jestem tak beznadziejny, że mnie to nie dotyczy. Nawet nie wiedziałbym jak się za to zabrać!” Serio, ja bym tak pomyślał.

Niesprawiedliwa przewaga

Nikomu jednakowoż wniosków w tamtej dyskusji nie narzucałem – i teraz też nie zamierzam tego robić. Każdy ma własne spojrzenie na rzeczywistość i na swój sposób różne rzeczy odbiera i wartościuje. Faktem jest jednak, że jest ona zbyt złożona i wielowymiarowa, by pewne sprawy dało się załatwić w bardzo prosty i zero-jedynkowy sposób, choć jest on, rzecz jasna, wyjątkowo kuszący. Zatem może zamiast podsuwać naszym uczniom niebezpieczną myśl, że „sky is the limit” wystarczyłoby powiedzieć im „you’re enough”? To też fajnie brzmi, a niczego nie psuje. No i jest zawsze prawdziwe.

Ostatnie komentarze:

Dodaj komentarz


Posted

in

,

by