Od kiedy pamiętam jestem poniżej średniej wieku nauczycieli zatrudnionych w szkole. Z każdym rokiem robię się coraz starszy, a i tak ciągle jestem pod kreską. Instytut Badań Edukacyjnych na swojej stronie na przykład podaje, że w Polsce ten średni wiek to 47 lat. Oczywiście jako facet od cyferek muszę odróżniać średnią od mediany, niemniej wydaje mi się, że nie pokaleczę za bardzo statystyki, jeśli napiszę, że lata lecą, a ja ciągle siedzę w tej młodszej połówce (matematycznych „ortodoksów” najmocniej przepraszam). Siłą rzeczy większość czytelników mojego bloga jest więc mniej więcej w moim wieku – czyli średnim.
Ta irytująca Zetka
A my w tym naszym średnim wieku to uwielbiamy gadać, że „kiedyś to było, a teraz to nie ma”. I mamy okropne uczulenie na niesławne Zetki, o nadciągającym pokoleniu Alfa już nie wspominając. W różnych środowiskach stosunek Pokolenia Z do szkoły, pracy, obowiązków i służbowej hierarchii stał się w ostatnim czasie wręcz legendarny, a w Internecie łatwo można znaleźć niezliczoną ilość przykładów zetkowej „niesubordynacji”.
Wkurzamy się okropnie, że taka Zetka nie zasuwa od rana do wieczora i zwyczajnie nie jest do dyspozycji na każde skinienie nauczyciela albo przełożonego. I chociaż trochę racji w tym jest, to nader często mam wrażenie, że w największej mierze nie podoba nam się to, że robi ona inaczej niż my. Mój blog nie jest miejscem na wulgaryzmy, których skądinąd w przestrzeni publicznej nie znoszę, ale na różnych linkedinach i innych social mediach, na specyficzny, najdelikatniej mówiąc, stosunek do pracy naszego pokolenia funkcjonuje specjalne określenie: „kultura intensywnej pracy” (z tym, że ta „intensywna praca” jest nazwana trochę innym słowem na „z”).
Stary i nowy świat
I gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to problem może być właśnie z nami, a nie z Pokoleniem Z. Być może to nasza „służebność” i gotowość do poświęcenia swojego czasu, zainteresowań, rodziny i Bóg wie czego jeszcze jest fatalną postawą wiodącą pokolenie dzisiejszych czterdziestokilkulatków na skraj przepaści? Bo że jest przyczyną wypalenia, depresji i dramatycznego braku szczęścia, to wniosek aż za bardzo się w tej materii narzucający.
Nie jest jednak też tak, że nic nas nie usprawiedliwia. Ot, dorastaliśmy w przedziwnym czasie ustrojowej transformacji z gospodarczym roller coasterem, który musiał odcisnąć piętno na społecznej mentalności naszego pokolenia. Owszem, gros ogarniętych (ale też sporo „cwanych” w mało chwalebnym znaczeniu) osób wykorzystało fantastyczną szansę lat dziewięćdziesiątych, jednak ogromne rzesze ludzi weszły w dorosłość z wdrukowaną w umysł myślą, że „u prywaciarza na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych”. To ukształtowało nasz stosunek do szkoły, pracy, hierarchii i do tego, jak znosimy nasze niepowodzenia. Może przede wszystkim do tego jak znosimy niepowodzenia. Świat się zmienił. Ba! My sami zmieniliśmy ten świat. Ale ta odbierająca spokój myśl z nami została i nadal harcuje w naszej podświadomości.
Czy więc mamy prawo się wściekać, że Zetki są pozbawione naszych kompleksów? I czy powinniśmy się irytować, że podobnie jak przychodzący po Zetkach nasi uczniowie i nasze dzieci z Pokolenia Alfa, nie są zahartowani jak my, skoro przygotowaliśmy im trochę łatwiejszy świat? Gdy jednak przyjrzymy się im uważnie dostrzeżemy, że pod tą ich „irytującą” beztroską ukrywają całą masę swoich własnych problemów. A tej „rozdmuchanej” depresji w gruncie rzeczy jest w nich tyle samo co w nas – u nas mniej ją widać bo my jesteśmy takim pokoleniem.
Pokolenie Alfa
Jakie będą Alfy jeszcze do końca nie wiemy. Mówi się o nich, że nie potrafią wchodzić w relacje, obwiniając o wszystko „komputery, smartfony…” i, o ironio! social media. To tak jakbyśmy my sami potrafili budować wartościowe przyjaźnie na całe życie. Jeśli znajdziemy w swym otoczeniu choć jedną taką osobę, to jest to wielki dar od losu. Alfy są bardziej do nas podobne niż chcielibyśmy myśleć. W ogóle, jesteśmy (znów facet od cyferek) zrzutowani na pokolenie naszych uczniów i dzieci, podobnie jak pokolenia naszych rodziców i dziadków były zrzutowane na nas.
Osobiście (ok – niech będzie na koniec trochę prywaty) Zetki i Alfy lubię bardzo. Lubię ich „nowoczesną” inność i lubię to, że nie mają naszych „potransformacyjnych” kompleksów. Codziennie się z nimi spotykam i chociaż niewiele jest zawodów, w których emocjonalny ciężar kontaktów z drugim człowiekiem bywa większy, dla mnie te spotkania to najbardziej fascynujący z aspektów bycia nauczycielem. Rzecz jasna bardzo wyraźnie widać w naszych uczniach ślad naszego i wcześniejszych pokoleń (i w zasadzie tak musi być i tak być powinno) ale to przede wszystkim „całkiem nowi ludzie” z ich własnym życiem do przeżycia i historią do napisania. A skoro już w tej szkole z nimi jesteśmy, to nie pozostaje nam nic innego jak im w tym (nienachalnie) pomóc i towarzyszyć. To jest i zawsze będzie najfajniejsza część edukacyjnej roboty.


Dodaj komentarz