Tworząc sierpniowy warszawski cykl postów, jeden z nich (o książce Hellera – „Nieskończenie wiele wszechświatów”) napisałem „dla zmyłki” bo z tamtym wyjazdem łączył się jedynie czasowo. Dlatego niejako dla podtrzymania tradycji, w cyklu związanym z podróżą do Oslo, też chcę napisać o niewielkiej książce, którą zabrałem do samolotu i z ołówkiem w ręce przebijałem się przez nią przebywając w norweskiej stolicy.
Książka wysłana pocztą
Trafiła ona w moje ręce w niezwykły sposób. Pewnego dnia wyjąłem ją ze skrzynki pocztowej wraz z krótkim liścikiem skreślonym ręką mojej serdecznej koleżanki jeszcze z czasów pracy w gdyńskim liceum, Sławki. Relacje między ludźmi są zbyt cenne i zbyt intymne, by klepać o nich bezmyślnie na blogu, dlatego wspomnę jedynie, że Sławka była tą osobą, która zaraziła mnie pomysłem na organizowanie Tygodni Nauki (o których pisałem na przykład w poście Dlaczego warto zrobić Festiwal Nauki w szkole) i pierwszą tego typu imprezę robiłem właśnie z nią.
Książką, którą mi podarowała był „Zaginiony wykład Feynmana” autorstwa Davida i Judith Goodsteinów. Wybitnego fizyka i noblisty nikomu przedstawiać nie trzeba, a seria „Feynmana wykładów z fizyki” stała się biblią adeptów nauk przyrodniczych. Warto jednak wspomnieć, że wygłosił on w 1964 roku jeszcze jeden, gościnny wykład dla studentów pierwszego roku California Institute of Technology, w którym powtórzył (właściwie dla zabawy) rozumowanie Newtona dowodzące prawa elips, znanego oczywiście jako pierwsze prawo Keplera.
Od Kopernika do Newtona, od Newtona do Feynmana
W liczącej nieco ponad 150 stron książeczce współpracownicy Feynmana odtwarzają ten zaskakujący w swojej eleganckiej prostocie wykład. Zanim jednak to czynią, wspominają wspaniałego naukowca, nie skąpiąc egzotycznych szczegółów i anegdot potwierdzających błyskotliwość genialnego umysłu. W książce spotkamy również krótki zarys historii astronomii począwszy od Kopernika, poprzez Brahego, Keplera, Galileusza i Kartezjusza, aż do największego ze wszystkich Newtona.
Dla nauczyciela fizyki taki przegląd może być ciekawym zanurzeniem się jeszcze raz w początki nowożytnej nauki i początki podróży ludzkości do zrozumienia najgłębszych tajemnic Przyrody. W jakiś niezupełnie oczywisty sposób może dostarczyć też intelektualnej rozrywki i zadumy, ilu setek lat trzeba było, by Ziemia przestała być centrum Wszechświata.
Szkolna geometria i fundamentalne prawa Wszechświata
Wykład Feynmana jest w jakimś sensie hołdem dla Newtona i jak już wspominałem, rodzajem zabawy, której celem jest dowiedzenie, że planety krążą wokół Słońca po eliptycznych orbitach (i jeszcze paru innych niesamowitych rzeczy). Ani Newton, ani odtwarzający jego rozumowanie Feynman nie wykracza przy tym poza zwykłą, szkolną, płaską geometrię, a wykład przy pewnej dozie cierpliwości może być bez problemu zrozumiany przez ucznia liceum, a momentami wręcz nawet szkoły podstawowej.
Nie jest moim celem przytaczanie tutaj podejmowanych w książce zagadnień, prześledziłem ją jednak z niesłychaną przyjemnością, tą właśnie, o jakiej pisują popularyzatorzy nauki – przyjemnością wynikającą z piękna i prostoty matematycznych struktur. Szczęśliwie stosowane w wykładzie zabiegi znalazły się w moim zasięgu, dlatego właśnie tej nietypowej przyjemności mogłem doświadczyć. Częściej zdarza się bowiem, że muszę autorom na ten temat wierzyć na słowo.
Nie obeszło się jednakowoż bez problemów. W pewnym miejscu zaparłem się, że do przejścia dalej potrzebne są trójkąty podobne i straciłem sporo czasu próbując na siłę ten fakt udowodnić. Po wielu nieudanych próbach zorientowałem się, że zrobić się tego nie da, a wczytawszy się jeszcze raz w treść wykładu, ku mojej rozpaczy spostrzegłem, że nikt o żadnym podobieństwie trójkątów nie wspominał.
List
Postanowiłem opisać tę moją pomyłkę i inne rzeczy w zwykłym papierowym „analogowym” liście, w którym podziękowałem Sławce i podzieliłem się wrażeniami. Zawsze fascynowała mnie taka pisana korespondencja – fizycznie istniejący list idący do adresata przez kilka dni. Mikroskopijna próba naśladowania wielkich mistrzów sprzed setek lat. I fantastyczna zabawa – i niezwykła przyjemność korespondowania.
Jeżeli wydaje Ci się więc, że ten wpis nie jest ani o astronomii, ani o książce Goodsteinów, ani o Feynmanie, to oczywiście masz stuprocentową rację. Chciałem po prostu powiedzieć, że wspaniale jest mieć kogoś, kto przysyła Ci pocztą książkę o fizyce. I że możesz mu odpisać o swoich wrażeniach w liście.


Dodaj komentarz