„Krzyk”

W okresach szkolnej przerwy zdarza mi się na blogu pisać o swoich nieco bardziej prywatnych podróżach i przemyśleniach. W pewnych momentach roli rodzinnej od „społecznej” nie sposób oddzielić i niejako z definicji muszą one współistnieć, dopełniać się i przenikać. Wszak ojciec to w gruncie rzeczy całodobowy nauczyciel (jak pisałem o tym już w sierpniu w krótkiej serii postów związanych z moją w wizytą w Warszawie). W podobną rolę wcieliłem się niedawno w trakcie rodzinnego pobytu w Oslo. Dzisiaj zapraszam na pierwszy wpis z tego cyklu.

W ferie zorganizowałem krótki wypad do stolicy Norwegii. Tysiącletnie miasto urzeka swym klimatem i jakimś niewypowiedzianym niepokojem, czymś co sprawia, że nagle oczywiste staje się dlaczego skandynawscy skoczkowie narciarscy słuchają od zawsze death-metalu. Oczywiste staje się również, że to właśnie tym mieście musiał (to dobre słowo) żyć i tworzyć Edvard Munch. A to właśnie wizyta w poświęconym Munchowi muzeum była najważniejszym punktem planu (choć nie największym odkryciem, o czym na blogu wkrótce).

W monumentalnym Munchmuseet

Bryła otwartego w 2022 roku Munchmuseet jest wspaniała, monumentalna i – rzadko to piszę – zapiera dech w piersiach. Trzynaście pięter i 28 tysięcy prac artysty przyprawia o zawrót głowy. Wyczytałem w Internecie, że muzeum za duże, że przytłaczające, że za dużo szkła i metalu i w ogóle nie po norwesku – dla mnie jednak jest piękne. Zanurzyliśmy się w tym kolosie bez reszty już od pierwszej chwili gdy tylko biletowym QR-kodem otworzyliśmy bramki.

Przywitał nas „Wampir”, potem autoportrety, dalej „Zazdrość” i „Taniec życia”. Z polskiego klucza wspaniale było ujrzeć portret Przybyszewskiego. Monumentalne „Słońce” na żywo rzuca na kolana i pokazuje tylko jak daleko do niego internetowym reprodukcjom. „Madonna” jakoś tak smutnie, co mnie zaskoczyło, powieszona z boku. I już w konwencji prowadzącej do wielkiego finału „Niepokój” i „Rozpacz”

Wreszcie On! W zanurzonym w półmroku czarnym, surowym kręgu, po trzech różnych stronach – litografia, pastel i tempera – każdy z nich pokazywany tylko przez trzydzieści minut. I to oczekiwanie na moment, gdy zaczną rozsuwać się skrywające kolejną wersję przesłony, przywodzące na myśl odkrywanie obrazów Matki Boskiej w barokowych kościołach… Nawet niespecjalnie zainteresowany ekspresjonizmem turysta musi (to znów dobre słowo) odczuć w tym miejscu nabożną cześć.

Spotkanie z osiemnastoletnim sobą

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Jak już raz wspominałem, jako facet od cyferek ekspertem w dziedzinie sztuki nie jestem i nie mam choćby cienia ambicji by sztukę tę chcieć recenzować. Piszę o tym, bo przy tym obrazie spotkałem osiemnastoletniego siebie – a moje dzieci spotkały osiemnastoletniego mnie. Niemal ćwierć wieku po licealnym zanurzeniu w europejski modernizm stanąłem przed kwintesencją tego właśnie czystego „bólu istnienia”.

Portret Stanisława Przybyszewskiego

W rzeczy samej tak właśnie jest, że po przejściu przez wszystkie literacko-artystyczne okresy, chwilę po, na wskroś pragmatycznym, pozytywizmie nasi uczniowie natrafiają w końcu na Młodą Polskę, Młode Niemcy, Młodą Skandynawię… Wielu odkrywszy tak nierealnie-niesamowite światy wchodzi w nie całkowicie. Cóż bowiem mocniej rezonuje z umysłem osiemnastolatka niż przesiąknięty filozofią Schopenhauera dekadentyzm? Cóż mocniej go dotyka niż Tetmajerowskie erotyki i „Koraba” Brzozowskiego poezja o śmierci? Cóż wreszcie mocniej wypełnia niepokojącymi barwami jego świadomość niż nieusuwalnie bolesny „krzyk”?

Asymptoty i ból istnienia

O tym lubimy sobie jako nauczyciele zapomnieć. Skupieni na „realizacji materiału” czasem nie chcemy dostrzec, że nasz uczeń przechadza się właśnie mrocznymi ulicami Oslo. Że obejmuje go „wampir”, dławi „zazdrość”, „rozpacz” i „niepokój”. I jeszcze ta, jakże inna, „madonna”… A my tymczasem: „granica właściwa funkcji w punkcie niewłaściwym wyznacza poziomą asymptotę…” A naprawdę i jedno i drugie to jest edukacja. I jedno i drugie jest piękne. I nasza, nauczycieli, w tym rola, by pomóc naszym uczniom sobie to wszystko jakoś poukładać. I szanować ich, rozumieć, akceptować i wspierać. Towarzyszyć naszym rozdartym sprzecznymi uczuciami nastolatkom i na nich czekać na końcu namalowanego przez Muncha mostu z wyciągniętą ręką, by na zawsze też w tym świecie „Krzyku” nie pozostali. Poprowadzić ich dalej… no i te asymptoty też pokazać. Bo rzeczywistość „końca stulecia”, to nie jest jeszcze wszystko. Ale jest fascynująco piękna – i my też tam kiedyś byliśmy.

Ostatnie komentarze:

Jedna odpowiedź do „„Krzyk””

  1. Awatar No matter why you came, you will be richer when you leave – Edukacyjny.blog Seb Janczy

    […] celem rodzinnej wyprawy do Oslo była wizyta w Muzeum Muncha (o której pisałem we wpisie „Krzyk”), równie ważnym wydarzeniem okazało się odkrycie Deichman Bjørvika. Angielskojęzyczna […]

    Polubienie

Dodaj komentarz


Posted

in

by