W ostatnim czasie w ślad po ministerialnych przetasowaniach przetacza się w mediach społecznościowych dyskusja na temat polskiego systemu szkolnictwa i sytuacji uczniów oraz nauczycieli. „Na nieszczęście” dla jednych i drugich na edukacji zna się każdy, albo nawet co gorsza, w jakiejś szkole ma swoje dziecko albo przynajmniej zna kogoś kto ma.
Pieniądze
Najgorętszy temat, to podwyżki, o których mówi się zresztą od dawna. Już sami nauczyciele chcieliby żeby zamieszanie wokół tej sprawy ucichło, w tym czasie polityczne przepychanki emocje dodatkowo przedłużają i grzeją. To, że pieniądze w edukacji są słabe jest oczywiste ale cały medialny szum godzi jeszcze bardziej, w mocno nadszarpnięty już i tak, wizerunek nauczycieli. Tu trzeba raczej wykazać, że uczący robią dobrą robotę, mają co sprzedać i za to w konkretnych przypadkach należą się konkretne pieniądze. Jeżeli ktoś podwyżkę chce uzasadniać przynależnością do grupy zawodowej, to zdecydowanie nie tędy droga.
Zadania domowe
Kolejny grillowany temat to prace domowe, o których po ministerialnych zapowiedziach wiele się mówi, szczególnie w odniesieniu do weekendów. Nie jestem przekonany, czy to właśnie ministerstwo powinno zajmować się centralnym regulowaniem czy pracę domową w podstawówce na weekend zadać można, czy nie. Problem zresztą wydaje mi się nie aż tak kluczowy. Albo ktoś w swoim planie ma jedną godzinę w tygodniu i nawet jak zadaje w piątek to przecież nie na poniedziałek, a jak ma więcej, to zwyczajnie nie ma potrzeby dawać zadań jeszcze na weekendy. Jeżeli gdzieś jest problem, to jest to raczej do rozwiązania w ramach konkretnej szkoły, niekoniecznie w rozporządzeniu.
Wizerunkowy kryzys
Podobnych sytuacji jest dużo więcej i nie pojawiły się wczoraj. Stawiają one trochę nauczycieli w pozycji bezrefleksyjnych ludzi, którym trzeba pokazywać palcem co robić można, a czego lepiej nie, a już w ogóle ostatnią rzeczą jaka im przychodzi do głowy jest rozwój i dobro uczniów, których im powierzono. Ludzie, którzy nigdy nie powinni trafić do szkoły oczywiście są liczni (podobnie jak w każdym innym zawodzie), nie przysłuży się jednak wizerunkowi zawodu wrzucanie wszystkich do jednego worka. Bardzo bym chciał (i wierzę, że tak się stanie), żeby na koniec tego zamieszania wyszło, że to robota specjalnego znaczenia dla ludzi z osobowością – w przeciwnym bowiem razie musiałoby się okazać, że to nic więcej, jak tylko zawód specjalnej troski.


Dodaj komentarz