Ostatni wpis z warszawskiej serii (który właściwie powinien być pierwszym) chciałbym poświęcić obchodom rocznicy Powstania Warszawskiego i wizycie w poświęconym powstaniu muzeum. Będzie on, podobnie jak poprzednie, zabarwiony sprawami prywatnymi ale prawdą jest, że ojciec to taki trochę całodobowy nauczyciel, więc światy edukacji i relacji ze swoimi dziećmi muszą się przenikać i dopełniać, szczególnie w wakacje.
Wspominałem w poprzednich postach, że wypad do Warszawy był trochę naukowy, a trochę historyczny i do historii właśnie chciałbym dzisiaj nawiązać. Jako facet od cyferek i skaczących na sprężynie ciężarków nie jestem jednakowoż w tej materii specjalistą, wierzę jednak, że nauczyciel powinien orientować się trochę (a przynajmniej chcieć się orientować) we wszystkim.
Zacząłem więc wprowadzać kontekst Biegiem Powstania (osiem tysięcy ludzi! – fantastyczna rzecz, o bieganiu też piszę czasami, ale w innych niż ten blog miejscach). Potem obowiązkowo Godzina „W”, „(Nie)zakazane piosenki” i szereg innych miejsc i wydarzeń związanych z rocznicą. Wręcz słyszałem pracujące w głowach moich dzieci trybiki i kliknięcia próbujących wskoczyć na swoje miejsce klocków rozumienia świata.
Stworzenie spójnego obrazu tamtych wydarzeń na tle ówczesnej sytuacji okupacyjnej, społecznej i politycznej nie jest bynajmniej rzeczą łatwą. Bombardowany pytaniami, co chwilę odkrywałem, że właściwie nie jestem przygotowany do przetworzenia ogromu wiedzy, tak żeby była przystępna dla moich dzieci. Znajdowałem też, co tu dużo mówić, luki w moim własnym głębszym rozumieniu historii. Duże nadzieje pokładałem w związku z tym w zaplanowanej wcześniej wizycie w Muzeum Powstania Warszawskiego, licząc, że wykreuje ona spójny i w miarę domknięty obraz dla (przynajmniej) dziesięciolatka.
Nie mogę powiedzieć, żebym tym co tam zobaczyłem był zawiedziony – przeciwnie, fantastyczne rekonstrukcje ulic okupowanej Warszawy, światła i cienie, dźwięki i multimedialne efekty robią niesamowite wrażenie. Cały budynek jest swoistym labiryntem, który wciąga całkowicie w powstańczą rzeczywistość. Kulminacyjny (subiektywnie) punkt stanowi wystawa „Odbicie. Jestem jak ty zapewne”, która pozwala w interaktywnym lustrze ujrzeć odbicie podobnego do siebie powstańca, a całości dopełnia niepokojący odgłos bijącego serca.
Z tej perspektywy jestem więcej niż zadowolony. Nie pomogło to jednak w usystematyzowaniu wiedzy i historycznego obrazu, na które liczyłem, a spotęgowało raczej (jak wędrówka w labiryncie właśnie) poczucie dezorientacji. I bardzo dobitnie uświadomiło mi to, jak bardzo zagubiony może czuć się uczeń w świecie nie tylko abstrakcyjnych matematycznych bytów ale również (a może przede wszystkim) w rzeczywistym i namacalnym świecie, na przykład, historii – i jak istotną edukacyjną rolę mamy w tym miejscu do odegrania.
Nie wystarczy bowiem być świetnym specjalistą w jakiejś dziedzinie wiedzy, nie wystarczy też, o czym pisałem w poprzednich postach, umieć naszych uczniów inspirować (myślę, że to zadanie muzeum wypełnia doskonale). Trzeba jeszcze potrafić całą tę wiedzę (ze wszystkimi jej niuansami, półcieniami i subtelnościami tak charakterystycznymi i nieodzownymi dla każdego przedmiotu) przetworzyć, uprościć i podać w przyswajalnej dla naszych dzieci formie. Kto wie, czy to nie najtrudniejsza rzecz jaką mamy do zrobienia. I o tym na blogu na pewno jeszcze będzie…


Dodaj komentarz