W ostatnim czasie bardzo mocno akcentuję na blogu inspirowanie w uczeniu. Wpis „Be a Curie” (kolejny z Warszawskiego cyklu) również odnosi się do tego problemu, a główną jego bohaterką jest oczywiście słynna polska noblistka. Wizyta w Warszawie nie mogła obyć się bez odwiedzenia poświęconego jej muzeum głównie z tego powodu, że (tu pozwolę sobie na odrobinę prywaty) gdybym miał jakoś określić stosunek mojej starszej córki do postaci naszej uczonej – to nazwałbym to „byciem fanką”.
I to pierwsza rzecz, która sprawia, że może być ona fantastyczną inspiracją. Rozmaite instytucje i wydawnictwa wykreowały jej uwspółcześniony wizerunek w taki sposób, że stała się niemal ikoną popkultury. Do tego jako pierwsza w historii kobieta z Nagrodą Nobla i prekursorka kobiecej nauki w ogóle idealnie wpisuje się edukacyjne trendy. To zaskakujące ale rzeczywiście Maria Skłodowska-Curie może być idolką dla dziesięcioletniej dziewczynki.
Kolejną kwestią jest jej niesamowity umysł, będący bez wątpienia efektem odziedziczonych genów. Gdy tylko zaczniemy śledzić jej rodzinne powiązania od razu narzuci się z całą mocą fakt, że tak jej przodkowie jak i potomkowie niezaprzeczalnie byli i są ludźmi wielkiego formatu. Dość powiedzieć, że wśród jej żyjących współcześnie wnuków i prawnuków znajdziemy astrofizyka, biochemika i fizyczkę jądrową, a jej córka Irène, podobnie zresztą jak ona sama, została laureatką Nagrody Nobla.
Pomimo tak niecodziennych predyspozycji pozostawała zwyczajną osobą. Szczególnie znamienny jest epizod z życia młodej Skłodowskiej dotyczący umowy ze starszą siostrą Bronisławą, która wyjechała na studia do Paryża, podczas gdy Maria pracując jako guwernantka wspierała ją finansowo. Ważny punkt jej życiorysu stanowi również relacja z Piotrem Curie, opieka nad ich dwiema córkami, a także (nazywana dziś po imieniu) depresja po tragicznej śmierci męża. To wszystko sprawia, że Skłodowska-Curie jest kobietą z krwi i kości. Albert Einstein miał powiedzieć o niej, że to jedyna znana mu, niezepsuta przez sławę osoba…
… A znajomość z nim to rzecz, która była największym zaskoczeniem, a zarazem inspiracją dla mojej dziesięcioletniej córki. W istocie w muzeum nie dzieje się nic spektakularnego, a mimo to (a może z tego właśnie powodu) stare zdjęcia przedstawiające Skłodowską-Curie w otoczeniu największych umysłów ówczesnego świata robią piorunujące wrażenie. Szczególnie te z kongresów Solvaya, gdzie jest ona jedyną kobietą. To fakt, wobec którego nie da się pozostać obojętnym.
W Internecie znaleźć można dziś mnóstwo memów z sentencją „In a world full of Kardashians be a Curie”. Trudno o bardziej trafny i inspirujący przekaz łączący współczesną szkolną rzeczywistość z (nie tak odległym, jak się okazuje) światem naszej największej uczonej.
Zapraszam też do przecytania kolejnego wpisu o Marii Skłodowskiej-Curie: „Radium Queen” czyli o pewnych ważnych subtelnościach


Dodaj komentarz